Dzisiaj się cieszymy (!)

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Wchodzę właśnie na Onet, a tam tak radosna nowina, że aż się redaktorowi dodał wykrzyknij na jej końcu:

Chociaż nie wiem, dlaczego się oburzam. Przecież jest to tak wiekopomna i nieprzewidywalna sytuacja, że radość redaktora Onetu jest w pełni uzasadniona.

Jeśli zaś chodzi o samą kwestię słuszności veta lub jej braku, to moja odpowiedź jest prosta – pacta sunt servanda. Ja rozumiem, że ludzie mają w głowie jeszcze przyzwyczajenia z komunizmu, i to jest złe. Ale chyba nikt mi nie powie, że przy takiej rangi zarobkach nie bierze się pod uwagę przywilejów związanych z danym zawodem? A tu nagle ciach. Naprawdę nie można tego rozwiązać sprawiedliwiej? Np. tak, że przywilej pomostówki przypada zawodom określonym w dotychczasowej ustawie, jednak zatrudnionych tylko do dnia XX.XX.XXXX. Nie znam się, ale na logikę wydaje się to najsprawiedliwsze. I potem już można się spokojnie odciąć od ludzi, którzy podjęli pracę po wyznaczonym terminie, a zdecydowali się drzeć gębę w strajkach, „bo oni nie mają”. Umowę w końcu podpisali i wiedzieli, że w tym czasie żadne emerytalne przywileje ich nie obowiązują, nieprawdaż?

Zjedź z drogi, dziennikarz na sygnale

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Pomijam już hipokryzję Komorowskiego (vide: „pościg” Kurskiego). Ale czy dziennikarzynom już naprawdę się w dupach poprzewracało? „W naszym samochodzie mamy zamontowane kamery pokazujące aktualną prędkość”, taa, tyle, że chodzi o prędkość samochodu, w którym się ona znajduje. Ich pomiar polegał na tym, że rozpędzali się do prędkości równej BMW Komorowskiego, i gdy przestali się od niej oddalać – obwieszczali światu, ile jadą. Materiał filmowy jest, proponuję naganę dla Komorowskiego i odebrania prawa jazdy osobie kierującej samochodem z kamerą.

Nareszcie historia z happy endem

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Po ostatnich lotach jaśnie nam panujący premier nawrócił się znowu na samoloty rejsowe. Przynajmniej w zamierzeniach, ale o tym za chwilę. Ludzie już zapomnieli, że Tusk na ostatni szczyt leciał już jednak samolotem rządowym, dlatego można było powrócić do koncepcji powyborczej. A konkretniej: Tusk miał polecieć na szczyt UE samolotem rejsowym. Tak – rejsowym, nie czarterem. Prezydent zaś – samolotem rządowym. Od rana w mediach szedł przekaz o tym, jaki ten prezydent rozrzutny, bo leci rządowym (który tak czy siak musi latać, jak nie z przedstawicielami rządu, to na loty treningowe), podliczano, ile to będzie kosztować (a koszty byłyby poniesione nawet, gdyby obaj panowie polecieli rejsowym), itp. Ogólnie sielanka, że aż się słupki poparcia uśmiechały. A tu bęc – samolot rejsowy, którym lecieć miał Tusk, szczęśliwie się zepsuł. I tak oto prezydent i premier polecieli razem, samolotem rządowym. Ta zagrywka PR-owa Tuskowi nie wyszła. Dlaczego więc piszę o happy endzie? Bo nareszcie rządzący polecą nie tylko razem, ale i praktycznie bez dodatkowych kosztów.