Mandaty z fotoradarów od Straży Miejskiej

UWAGA! Ten wpis ma już 7 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Dzisiaj Europejski Dzień Bez Samochodu, więc tym, którzy jeszcze nie wyruszyli w trasę, proponuję temat irytujący niemal każdego kierowcę – fotoradary.

Nie chcę się jednak wynurzać nt. słuszności ich stawiania, a opisać parę przydatnych kwestii w przypadku, gdy otrzymamy pocztą mandat od Straży Miejskiej lub Straży Gminnej. Otóż ww. organy specjalizują się ostatnio w reperowaniu budżetów gmin/miast. I o ile jeszcze jestem w stanie to przełknąć – gdyby fotoradary ustawiane były przez nich tak, żeby faktycznie spowolnić ruch – o tyle praktykom chowania się po krzakach i kamuflowaniu samych urządzeń jestem zdecydowanie przeciwny. A wystarczy odwiedzić chociażby YouTube:

Skoro mamy więc do czynienia z bucami, którzy nie tylko działają wątpliwie od strony ideowej, ale i – jak się okazuje – często łamią prawo, pasowałoby znaleźć na to sposób. Wysłuchałem parę audycji radiowych oraz przeczytałem ciekawe artykuły w internecie, z czego można wysnuć wiele wniosków i rad.

Oto kilka z nich:

  • Przede wszystkim – z tego, co się dowiedziałem, fotoradary używane przez SM są bardzo często wypożyczane. Jakie to ma znaczenie? Ano takie, że SM nie zawsze dysponuje od ręki tzw. świadectwem homologacji pierwotnej dla tych urządzeń. W efekcie – dosyłane są one wtedy po kilku tygodniach lub miesiącach. W takim przypadku zdjęcie z fotoradaru traci ważność, ponieważ – zgodnie z obowiązującymi przepisami – razem ze zdjęciem z fotoradaru musimy otrzymać także ww. certyfikat.
  • Niecały rok temu głośno było o finezyjnych sposobach ukrywania fotoradarów przez nieustraszonych strażników miejskich. Nawet niedaleko mnie, w Lublinie, straż miejska (lub policja, nie pamiętam) ukryła fotoradar w… koszu na śmieci. Powszechnie stosowane są też “wojskowe” siatki maskujące czy też farba w kolorze otoczenia. I przy tak ukrytym fotoradarze ważną dla ukaranego mandatem kierowcy jest fakt, że homologację musi posiadać nie tylko urządzenie, ale i stojak, którym jest podparte. I to daje nam możliwość do podważenia słuszności wystawienia mandatu tak “udekorowanym” fotoradarem.
  • Jedną z ważniejszych informacji w przypadku zrobienia zdjęcia przez fotoradar Straży Miejskiej jest fakt, że właściciel “złapanego” pojazdu nie ma obowiązku ujawniania, kto w momencie zrobienia zdjęcia prowadził samochód. Jeżeli więc zdjęcie jest niewyraźne, zrobione z tyłu, itp., to praktycznie oznacza, że nam się upiekło. SM wysyła wprawdzie tego typu zapytania, jednak w pełni świadomie możemy odmówić udzielenia tej informacji – obowiązek ten występuje bowiem wyłącznie w przypadku zapytania złożonego przez policję (wtedy – w przypadku braku informacji o prowadzącym – mandat otrzymuje właściciel pojazdu).
  • W Polsce wytoczono już kilka procesów właścicielom samochodów, którzy ww. informacji Straży Miejskiej nie udzielili. Konsekwencją poprzedniego punktu jest fakt, że powołanie się na odpowiednie przepisy umożliwia kasację takiego wyroku.
  • Kolejna informacja – w przypadku otrzymania niewyraźnego zdjęcia lub takiego, w którym po obróbce informacje ze zdjęcia są niejednoznaczne (np. numer rejestracyjny może być odczytany dwojako) można śmiało odmówić przyjęcia mandatu. Zdjęcie takie bowiem nie jest dowodem popełnienia wykroczenia drogowego, zaś odbiorca może poprosić o oryginał zdjęcia sprzed obróbki.
  • I ostatnia sprawa – jeżeli otrzymaliśmy zdjęcie, w którego kadrze znajdują się dwa samochody, to należy wiedzieć, że również jest ono nieważne.
  • Wniosków tych i rad nie ma wiele, jednak myślę, że warto mieć o nich świadomość w razie otrzymania zdjęcia od SM. Zwłaszcza, że radary reperujące budżet gmin stają się plagą.

    A teraz czas zatankować samochód i pójść się – zupełnie bezcelowo – przejechać.

Ciśnienie

UWAGA! Ten wpis ma już 7 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

PGNiG informuje:

(…) PGNiG złożyło w zeszłym tygodniu w Gaz-Systemie dokument, z którego wynika, że w czwartym kwartale będzie dostarczać mniej gazu, niż będzie potrzebować polska gospodarka.

Dziwnie oczywisty schemat przychodzi do głowy w tej sprawie. Ostrzeżenie PGNiG, za chwilę pewnie podpisanie umowy gazowej na kilkadziesiąt lat na warunkach Rosji. I na koniec dramatyczne wystąpienie premiera, że przecież nie są samobójcami, że gospodarka by się załamała. Ergo – rząd uratował gospodarkę. I bębnienie o kolejnym sukcesie.