Podpalona kampania wyborcza

UWAGA! Ten wpis ma już 6 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

To, co wydarzyło się w dniu wczorajszym, jest – delikatnie mówiąc – dziwne. Rozumiem, że trwa kampania wyborcza i dzieją się różne wyreżyserowane cuda i martyrologie. Nie wiem tylko, kto stoi za tym podpaleniem, bo w biedę w tym przypadku naprawdę ciężko mi wierzyć.

Niejasny jest już sam przebieg zdarzenia. Swoją drogą, że winne mogą być lakoniczne informacje mediów, jednak obecnie przedstawiają się one mniej więcej tak: mężczyzna udaje się pod budynek kancelarii premiera, oblewa kilkoma butelkami rozpuszczalnika i podpala. Na początku stara się zachować spokój, jednak po chwili kładzie się na ziemię i – jak wynika z relacji „gaszących go” BOR-owców – sprawia wrażenie, jakby próbował ugasić palące się na nim ubrania. Po opanowaniu sytuacji nie może mówić, jednak po chwili odzyskuje tę zdolność i przypomina sobie, że ma list do premiera i przekazuje go (!) na ręce bliżej nieznanej osoby z miejsca zdarzenia. Być może jestem zbyt prostym człowiekiem, aby to zrozumieć, ale moja wyobraźnia blokuje się przy próbie odtworzenia tej sytuacji. Zwłaszcza po informacji od lekarzy, że delikwent ma ciężkie poparzenia ponad połowy ciała.

Ciekawa jest też przeszłość „pogorzelca”. W mediach mówi się o tym, że był policjantem/milicjantem, jednak będąc precyzyjnym – to tylko jeden epizod jego kariery. Zaczynał od pracy w Służbie Bezpieczeństwa, którą zaczął – co ciekawe – w czasie stanu wojennego. Następnie pojawia się w jego życiu przebranżowienie na policjanta (milicjanta?) w Komendzie Głównej Policji, zaś po utworzeniu CBŚ-u trafił do ichniejszej dochodzeniówki. Wyborna kariera, nieprawdaż?

Grzebiąc jeszcze bardziej w życiorysie tego pana można się doszukać informacji, iż jego żona ma 29 lat, co przy jego czterdziestu dziewięciu i trzyletnim stażu małżeńskim może zdradzać, że po weekendzie z mediów dowiemy się ciekawszych informacji z brukowców, wprost z ust byłej żony lub ewentualnych z tego związku dzieci.

Można wnioskować, że wspominane bezrobocie nie było też stanem przesadnie długim. Gazety piszą o podjęciu pracy ochroniarskiej po 2006, gdy Andrzej Ż. zrezygnował ze służby w CBŚ-u, a także o ostatniej pracy w jednym z urzędów skarbowych. Czy policyjna emerytura i dorabianie w skarbówce to naprawdę taka straszna bieda, która popycha człowieka do podpalenia?

Korci mnie napisanie o podejrzewanym udziale w całej sprawie komitetu wyborczego którejś partii, albo nawet psikusie służb specjalnych. Bo czyż nie jest dziwne, że na wieść o podpaleniu się – z wątpliwych powodów – jednego człowieka środowisko partii rządzącej dostaje nagłej obstrukcji w działaniu? Prezydent Komorowski już kilkadziesiąt minut po zdarzeniu, gdy sprawa ledwo zaczęła się rozpowszechniać w mediach, grzmiał nt. wykorzystywania tego podpalenia w kampanii, ale to premier Tusk jako pierwszy polityk podjął decyzję o natychmiastowym zawróceniu autobusu, którym podróżował przez Polskę, aby porozmawiać z niedoszłym samobójcą.

Z uśmiechem na ustach czyta się też list Andrzeja Ż. do premiera. Mimo, iż pozornie krytykuje on wszystkie frakcje polityczne, to jednak pejoratywnie określany jest w nim jedynie Jarosław Kaczyński. Wspomniana jest Pitera, wspomniany jest Napieralski, który mimo, iż zajął się początkowo sprawą, to jednak niedostatecznie. Na końcu dostaje się nie tylko Kaczyńskiemu, który określany jest jako „psychopata”, ale w liście Andrzeja Ż. nie brakuje też wspomnienia o bezsensie rozdrapywania katastrofy smoleńskiej, która jest przecież tak ważnym czynnikiem wpływającym na biedę, że nie mogło jej zabraknąć w liście niedoszłego samobójcy. Premier – mimo, iż dostaje się ludziom z jego otoczenia – pełni tu bardziej rolę ostatniego sprawiedliwego. Wodza, w którego rękach leży los „biednego” człowieka.

Cóż, cokolwiek nie powiedzieć o tej kampanii – była dość powolna i nudna. Potrzebny był zapalnik w postaci „Dziadka z Wehrmachtu” bis, i chyba właśnie mamy z nim do czynienia. Chociaż sprawa jest tak niejasna i ciekawa, że z każdym kolejnym dniem będą pojawiały się nowe informacje, zaś wszystkie ujrzą światło dzienne zapewne w kilka dni po zakończonych wyborach.