Grzejące media

UWAGA! Ten wpis ma już 7 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Proces tabloidyzacji mediów nie jest jakimś szczególnym odkryciem. Zdawałem sobie sprawę z tego od wielu lat, jednak dopiero ostatnio kilka rzeczy nastąpiło mniej więcej jednocześnie do tego stopnia, że uświadomiłem sobie, jak daleko proces ten się posunął.

Pierwszą z nich było uświadomienie sobie, że w zasadzie poza kilkoma portalami (jak np. Wiadomości Polskiego Radia lub Fronda) nie ma takiego, który można by czytać bez zażenowania. W ostatnim czasie otarłem się o kilka portali, których unikałem przez wiele lat. jak np. onet.pl lub wp.pl i miało to miejsce jeszcze przed wpisem, który opublikował torero, jednak wnioski są niemal identyczne. Brakuje po prostu informacji, takich podstawowych. Jeżeli szukasz jakiejś wiadomości, która z powodu nagannej absencji w sieci danego dnia ominęła Cię – nie licz na to, że portale informacyjne Ci ją zasugerują. Jeżeli chcesz poznać wynik meczu, który miał miejsce kilkanaście godzin temu, również o tym zapomnij. Sam przekonałem się o tym, gdy dzień po śmierci Szaniawskiego (która to informacja pojawiła się w mediach ok. 22:00) doznałem szoku, trafiając na jakiś offtopiczny komentarz pod innym newsem. Zamiast tego dowiedziałem się o tak ważnych sprawach, jak wypadek samochodowy anonimowej osoby, jakieś 600 km ode mnie. Mogłem też obejrzeć zdjęcia przykrytych zwłok, o czym dał mi znać krzyczący tag: “[ZDJĘCIA]” w tytule.

Na portalach informacyjnych można znaleźć w zasadzie same bzdury. Są to informacje żywcem z blokowiska, przeniesione na ogólnokrajowy grunt. Nie mają żadnej merytorycznej wartości, mają po prostu “grzać”. Czym bardziej kontrowersyjne, tym lepiej – za chwilę przecież “atakowana” grupa zacznie się bronić, zaś druga strona będzie dolewać oliwy do ognia. W tym całym kotle sytuację poprawiają trolle, które – wbrew pozorom – pomagają w robocie marketingowcom pracującym nad portalami. Przecież niekończące się dyskusje (mimo, że pozbawione sensu) to więcej wyświetleń reklam, nieprawdaż? Portale informacyjne opierają się więc o szeroko rozumianą prowokację. I nie ma tu nawet jakiejś mocno widocznej linii politycznej (poza specyficznymi portalami, jak np. gazeta.pl), bo podejrzewam, że dla właścicieli nie ma to wielkiego znaczenia. Wszędzie są więc zdjęcia, filmy, ogrom treści dla idiotów i reklamy. Większość tytułów kończy się prowokacyjnym pytaniem, niedomówieniami lub jest po prostu kłamliwych, tylko po to, aby odwiedzić stronę newsa. Ciężko też znaleźć portal bez cycków na stronie głównej – w dowolnej chwili.

Na koniec polecam ostatni wpis na blogu Ziemkiewicza. Traktuje on wprawdzie raczej o tygodnikach, jednak jest niezwykle trafny i zbiegł się z moimi ostatnimi obserwacjami.

Marta Kaczyńska prezydentem?

UWAGA! Ten wpis ma już 8 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Tytuł może trochę przewrotny, ale przyznaję, że Michalkiewicz zaraził mnie swoim ostatnim felietonem. I mimo, że mówił on raczej o mniejszej politycznej roli, jaką miałaby odegrać Marta Kaczyńska, to jednak wizja jej kandydatury w wyborach prezydenckich w 2015 roku dała mi trochę do myślenia.

Ostatnio faktycznie dość wyraźnie widać, że Marta Kaczyńska pojawia się coraz częściej w środowisku PiS-u. I nie chodzi tu tylko o sprawy związane ze śmiercią jej rodziców. Kaczyńska zaczyna zabierać czasem nieśmiało głos w krytyce rządu w sprawach pozasmoleńskich. Widać, że ma ambicje polityczne – mimo, iż jeszcze niedojrzałe.

Do myślenia dają także ostatnie przepychanki ws. przyszłych wyborów prezydenckich pomiędzy Jarosławem Kaczyńskim a Zbigniewem Ziobrą. I sądzę, że to właśnie wtedy narodził się pomysł zagospodarowania Marty Kaczyńskiej w polityce. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż po stwierdzeniu Kaczyńskiego w którymś z wywiadów, że nie będzie startował w wyborach prezydenckich w 2015, a następnie żachnął się na reakcję Zbigniewa Ziobry na te słowa, ostatecznie je odwołując?

Póki co, zauważam budowanie pozapolitycznego wizerunku Kaczyńskiej. Wygląda to trochę na kreowanie celebrytki. Jednym z elementów tej budowy jest film “Córka”, dołączony do środowej Gazety Polskiej.

Ale sama kandydatura Marty Kaczyńskiej w wyborach prezydencki nie jest pozbawiona sensu. Byłaby ona nowym graczem na scenie politycznej, co procentowałoby wśród ludzi, którym przejadła się obecna scena polityczna – a takich wcale nie jest mało, a hasło “oni już byli” lubi się odradzać co jakiś czas. Kaczyńska jest kobietą, co byłoby nie tylko nowością wśród kandydatów (pomijając plankton polityczny) na prezydenta i przyniosło jej głosy kobiet (nie feministek). Ostatecznie Marta Kaczyńska nie byłaby – jak wnioskuję po dotychczasowych wypowiedziach – radykalną przedstawicielką prawicy, ale raczej poszła w ślady ojca, reprezentując centrum wychylone lekko w prawo. A to przy poparciu dla centrowej właśnie Platformy również byłoby zaletą.

Również wizerunkowo jest całkiem dobrze. Marta Kaczyńska jest młoda i obiektywnie niebrzydka. Ma rodzinę (chociaż to akurat w jej przypadku śliski temat), jest dość zamożna. Ogólnie wypada więc dość korzystnie, a to właśnie tym sugeruje się najczęściej elektorat w wyborach prezydenckich.

I nawet, jeśli Jarosław Kaczyński nie ma aż tak daleko posuniętych wobec bratanicy planów, to myślę, że Marta Kaczyńska odegra jeszcze ważną rolę w polskim życiu politycznym. Byłaby doskonałym “substytutem” wczesnego Marcinkiewicza, a chyba właśnie takiej osoby potrzebuje PiS, aby wyrwać się kiedykolwiek z opozycji.

Chyba znalazłem swoją następną dystrybucję Linuksa

UWAGA! Ten wpis ma już 8 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Od ładnych paru lat korzystam z Mandrivy. Wersja 2007.1 była chyba szczytem formy tej dystrybucji. Korzystałem z niej krótko mimo tego, że nie było z nią większych problemów. Cały sprzęt w moim Acerze był obsługiwany out of the box, nawet tak egzotyczne rzeczy, jak klawisze walutowe czy port IrDA. Diabeł tkwił jednak w szczegółach – Mandriva 2007.1 posiadała kilka drobnych, jednak irytujących błędów. Jednym z nich była totalna zwiecha systemu przy odłączaniu z USB niektórych urządzeń, np. drukarki. Utrudniało to mobilność – chęć przeniesienia laptopa w inne miejsce musiała zostać zabita w zarodku, gdy podłączona była drukarka. Wtedy jednak jakoś sobie z tym radziłem, do czasu, gdy wyszła wersja 2008.0, a potem – 2008.1.

Ta ostatnia na dobre zawitała na moim dysku – instalacja z 2009 roku działa do dziś i to właśnie na niej cały czas pracuję. Jednak od tej wersji następował upadek tej dystrybucji. I nie chodziło jeszcze wtedy o głupie decyzje developerów. Najbardziej widoczne było to w liczbie bugów, które przelewały się przez mandrivowe fora. Wiele z nich dotyczyło również mnie, a konkretniej – mojego sprzętu.

Permanentnie przestało działać wiele rzeczy, zaś niektóre wymagały długiego grzebania w systemie, aby osiągnąć efekt z wersji poprzedniej. Przestało działać sterowanie podświetlaniem z klawiatury, przez co musiałem napisać prosty skrypt korzystający z xbacklighta. Były problemy z WiFi, które zostały częściowo rozwiązane, jednak do tej pory mam problem z łączeniem się z lepiej zabezpieczonymi sieciami. IrDA nie działa, jednak nie poświęcałem jej wiele czasu, bo nie była mi już potrzebna tak, jak wcześniej. Z Bluetooth nie da się zrobić nic poza wyszukiwaniem urządzeń. I chyba najbardziej uciążliwa usterka – przestał działać suspend2ram, przez co byłem skazany co najwyżej na hibernację.

Co rok sprawdzałem kolejne wersje Mandrivy. Było jednak tylko gorzej – z każdą wersją działało coraz mniej. Chciałem to jednak naprawić, bo wersja 2008.1 starzała się coraz szybciej, znikały też kolejne serwery hostujące repozytoria z paczkami RPM. Ściągnąłem i zainstalowałem wersję cooker z nastawieniem na zgłaszanie bugów, które najbardziej mi przeszkadzają. Jak głupi byłem, okazało się dopiero po paru tygodniach.

Developerzy Mandrivy obrali postęp za główną ideę przy tworzeniu systemu. I o ile nie mam nic przeciwko temu, o tyle oni uparcie brnęli w rozwiązania bezsensowne. W 2009.1 nie było już KDE3.5 – został on zastąpiony wczesną wersją KDE4. W ten sposób otworzono puszkę pandory.

Każdy, kto miał do czynienia z KDE4 w jego pierwszych wersjach wie, jak fatalne było to środowisko. Niestabilność i restarty były powszechne. Jednak z jakiegoś powodu, developerzy Mandrivy umieścili to środowisko jako wiodące w 2009.1, jednocześnie pozbawiając KDE3.5 w repozytoriach kluczowych do jego działania paczek. Czarę goryczy przelało także PulseAudio i pomysł na przepisanie wszystkich aplikacji z KDE3.5. Dzięki temu otrzymaliśmy Amaroka 2, paskudnego jak noc “iTunes wannabe” bez tak kluczowych opcji, jak powtarzanie utworu, losowanie czy korektor graficzny. Mimo, że 2009.1 była dla mnie nieużywalna, dodawałem na potęgę bugi w Bugzilli Mandrivy. Bez skutku – większość błędów pozostała, niektóre po prostu zostały olane mimo, że problem nie zniknął.

Po tym wydarzeniu okopałem się w wersji, z której korzystałem – 2008.1. Zrobiłem sobie mirror repozytorium na płytach DVD na wszelki wypadek. I korzystam z niej do dzisiaj.

Jednak parę dni temu zainteresowałem się znowu najnowszą wersją Mandrivy. Rozczarowałem się – 2011 jest tak samo beznadziejna. Czytałem tez na temat zawirowań ws. tej dystrybucji i kolejnych przetasowaniach. Jeszcze pod koniec poprzedniego roku obiecywano “odrodzenie” Mandrivy i wydanie wersji 2012 w marcu. Tak, marzec minął, a oficjalne wiki dystrybucji milczy. Jestem prawie pewien, że Mandriva już umarła.

W internecie pojawiały się jednak przebąkiwania o forku Mandrivy o nazwie Mageia. Z nudów postanowiłem ściągnąć LiveCD pierwszej wersji.

Do tej pory nie mogę wyjść z zachwytu. KDE jest używalne, jest Clementine zamiast Amaroka 2. WSZYSTKO działa tak, jak w Mandrivie 2007.1, a nawet lepiej. WiFi poprosiło tylko o ścieżkę do firmware, i zaczęło sygnalizować swoją obecność diodą na obudowie, która nie świeciła od paru ładnych lat, sterowanie podświetleniem działa, IrDA się odzywa, bluetooth działa natychmiast po wtyknięciu adaptera na USB. Działa też suspend2ram. I to wszystko od razu po uruchomieniu systemu z LiveCD.

Zacząłem śledzić rozwój Magei, jako, że za miesiąc ma wyjść druga jej wersja. I jeżeli będzie tak dobra, jak poprzednia, to na pewno na długo u mnie zagości. O ile oczywiście nie wezmą przykładu ze swojego pierwowzoru. :>

Gdzie te lamenty?

UWAGA! Ten wpis ma już 8 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Prezydent Bronisław Komorowski ogłosił żałobę narodową. Strony internetowe powoli zaczynają się desaturować, media czekają na zwiększenie liczników, stan których na bieżąco raportują. I w zasadzie tyle.

Pamiętam żałoby podczas prezydentury ś.p. Lecha Kaczyńskiego. I fakt, że było ich dużo. Nie odstawały jednak od tej najnowszej liczbą ofiar. Ba – wydaje się, że katastrofa kolejowa w Szczekocinach będzie miała najmniej ofiar spośród zdarzeń “żałobnych”.

Zaskakuje mnie jednak ta cisza w mediach. Nie zająknęły się one ani przez chwilę na temat decyzji ws. ogłoszenia żałoby przez Komorowskiego. Krytykują ją jedynie “prawicowe oszołomy” na Frondzie, salonie24 i innych tego typu portalach.

Gdzie w tej krytyce jest mainstream? Podczas wszystkich żałób ogłoszonych przez Kaczyńskiego miałem do czynienia z natarczywą obstrukcją krytykanctwa. Dowiadywałem się wszystkich niezbędnych informacji: w jakich okolicznościach żałoba była ogłaszana w “normalnych czasach”, że jest nadużywana, że wykorzystuje się cierpienie rodzin zmarłych w celach politycznych, itp. Media spieszyły też ze statystykami – za każdym razem znałem liczbę minut trwania żałoby przypadających na jednego zmarłego. Wszystko to z właściwym zażenowaniem wobec postawy prezydenta.

Ostatnia tego typu żałoba – mimo, iż ogłoszona już przez następcę – również była wykpiona przez media i tzw. artystów. Tym razem kpina nie dotyczyła jednak strony decyzyjnej. Chodziło raczej o zmarłych. Media prezentowały dramatyczne słowa złotej młodzieży, która przez żałobę pozbawiona została sobotniej imprezy.

Tym razem jest już jednak normalnie. Rządzi nie tylko poprawny prezydent, ale i rządzący, którzy jeszcze parę lat temu przy każdym tragicznym wydarzeniu biegli natychmiast do mediów z apelem, aby nie wykorzystywać tragedii do celów politycznych. Coś z tych biegów jednak zostało, ponieważ Donald Tusk, który był jednym z “biegaczy”, pojawił się pierwszy na miejscu katastrofy, o czym można było usłyszeć w każdym serwisie informacyjnym. Wtórował mu również minister zdrowia, jednak nie na miejscu zdarzeniu, lecz w szpitalach, doglądając z kijem w ręku lekarzy zajmujących się poszkodowanymi.

Cały czas mam nadzieję, że obecna, skandaliczna sytuacja w mediach to wyłącznie wynik dnia wolnego od pracy, i że jutro pojawią się w pracy dziennikarze, którzy przywrócą dawne obyczaje. A jeśli nie, to może chociaż wytłumaczą narodowi charakter zmiany. No i powód, dla którego nastąpiła ona właśnie teraz.

Solidarna Polska ma przyszłość

UWAGA! Ten wpis ma już 8 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

I mimo moich wątpliwych zdolności prognostycznych, wszystko na to wskazuje. Z przekazów posłów Solidarnej Polski wynika, że ich “program” w zasadzie nie różni się niczym w stosunku do programu PiS-u, może poza kosmetycznymi różnicami ws. gospodarki. Oprócz działań propagandowych (lub PR-owskich, jak kto woli), “ziobryści” zaczynają koncentrować wokół siebie coraz ciekawszych ludzi.

PiS zaś jedzie po bandzie. Niestety, konsekwencja w obranym kierunku doprowadzi najprawdopodobniej do klęski tej partii już w najbliższych wyborach. PiS zamyka się zupełnie na pozostałe środowiska prawicowe. Dodatkowo – nie ma go prawie wcale w mediach. Popularność przysporzyć chciał sobie kontrowersyjnym (aczkolwiek popieranym przeze mnie) pomysłem przywrócenia w Polsce kary śmierci. Jednak efekt był przeciwny do zamierzonego – mimo, iż w Polsce wielu ludzi popiera karę śmierci, to jednak w ostatnich kilkunastu latach wytworzył się dość mocny front jej przeciwny wśród hierarchów kościoła katolickiego. Po wypowiedziach kilku biskupów wydaje się, że PiS więcej na tym stracił, niż zyskał.

A to niejedyna błędna decyzja PiS-u w ostatnich dniach. Niedawno Ludwik Dorn powiedział w Trójce, że PiS nie przedłużyło z nim umowy “stowarzyszeniowej”. Chętni do jej podpisania są jednak posłowie z koła “Solidarna Polska”, co sam zainteresowany przyjął z aprobatą.

Brak jest też wspólnego kandydata na wiceszefa parlamentu europejskiego. PiS proponuje Ryszarda Legutkę, SP – Mirosława Piotrowskiego. Tym samym Piotrowski dołączył do grona kojarzonego z Solidarną Polską, co również bardzo mnie cieszy.

Adam Hofman – jeden z ostatnich posłów, którego mi brakuje w SP – został wybrany do kierownictwa PiS-u. Nie był to w żadnym stopniu jednoznaczny wybór, a dodatkowo media piszą o “wybuczeniu” Hofmana. Mam nadzieję, że w porę zauważy, że nie jest mile widziany w “błaszczakowym” towarzystwie i jak najszybciej z PiS-u się ewakuuje.

Tymczasem, czekam na dalsze ruchy SP, bo dużo się w tej sprawie ostatnio dzieje.

PiS się powoli kończy

UWAGA! Ten wpis ma już 8 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Nie sądziłem, że te słowa przyjdzie mi napisać tak szybko. Każdy, kto mnie zna lub kojarzy moje wpisy od początku istnienia tego bloga wie, że niewiele brakowało mi do betonowego elektoratu PiS-u. Ale to zaczęło się stopniowo zmieniać, chyba nawet już po przegranych przez Jarosława Kaczyńskiego wyborach prezydenckich. To właśnie przed tymi wyborami pomyślałem, że jeśli Kaczyński ich wtedy nie wygra, to jego formacja nie wygra już nigdy. Bo przecież przemawiały za nim nastroje społeczne, “zmęczenie materiału” w związku z aferą hazardową w PO oraz PR-owa zagrywka ze zmianą wizerunku. Niestety – mimo tych wszystkich czynników, Kaczyński prezydentem nie został.

Po tamtych wyborach z PiS-u odeszło kilkanaście osób, tworząc partię PJN. Szkoda było mi co najmniej kilku z nich, jak np. Pawła Kowala, Zbigniewa Wojciechowskiego, Pawła Poncyljusza, czy nawet Marka Migalskiego. Jednocześnie z partii odeszło wielu posłów, co do których nie byłem nigdy przekonany, a że była ich podobna liczba do tych “wartościowych”, to uważałem, że PJN nie zaszkodzi zbytnio PiS-owi, a być może nawet trochę go odfiltruje.

PJN poniósł porażkę wyborczą. Nie można tego powiedzieć o PiS-ie, bo jego ~30% poparcia zazdrości mu pewnie każda partia opozycyjna. PiS jednak wybory przegrał z PO, delikatnie tracąc dotychczasowe “zasoby” parlamentarne. Jednak mimo zapewnień o szerokiej dyskusji nad tą przegraną, tak naprawdę można było odczuć, że nie wyciągnięto wniosków, zaś PiS będzie szedł w zaparte ze swoją nie do końca zrozumiałą taktyką.

Bo jak inaczej rozumieć fakt wyrzucenia czołowych polityków tej partii? Jacek Kurski, który – co tu dużo gadać – “wrzutką” nt. dziadka z Wermachtu przechylił szalę zwycięstwa w podwójnych wyborach w 2005 r., zaś później bardzo dobrze radził sobie z mediami. Zbigniew Ziobro – w zasadzie kluczowy minister w rządzie PiS-u, zaś jego idee były podstawowymi w tzw. koncepcji IV RP. I jeszcze Tadeusz Cymański, którego jako ostatniego podejrzewałbym o jakąkolwiek dywersję.

Dzisiaj dowiaduję się, że wszyscy posłowie z “Solidarnej Polski” zostali również wykluczeni z partii. A znajdują się wśród nich takie nazwiska, jak: Andrzej Dera, Beata Kempa, Arkadiusz Mularczyk czy Marzena Wróbel. Po wymazaniu tych nazwisk zastanawiam się, kto jeszcze z “dawnego” PiS-u został w tej partii, i naprawdę niewiele przychodzi mi do głowy.

Warto zwrócić uwagę, że wyrzuceni z PiS-u posłowie mieli (i mają) silne poparcie ze strony mediów o. Rydzyka. Pewien konflikt między Kaczyńskim i Rydzykiem można było zauważyć już w trakcie wyborów: były to pierwsze wybory parlamentarne od roku ~2004, w czasie których Kaczyński nie uczestniczył w żadnej audycji RM. Wszystkich takich audycji było w tym roku dosłownie kilka, podczas gdy poprzednie wybory obfitowały w co najmniej kilkanaście programów.

W tej chwili rozłam w PiS-ie jest już faktem. I jak dla mnie – po ewakuacji z PiS-u Adama Hofmana, może dziać się w nim co chce. Zostanie tam wtedy już tylko Kaczyński i jego nadworne Błaszczaki.

Czas na zmiany

UWAGA! Ten wpis ma już 8 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Kolejne wybory za nami. Kolejna wygrana PO. Razem z PiS-em zanotowali podobne wyniki do tych z 2007 roku. Mocnym zaskoczeniem okazało się miejsce na podium dla Ruchu Palikota. Wyprzedzenie PSL-u i SLD przez partię liczącą w zasadzie kilkanaście miesięcy jest jednak dużym sukcesem. PSL praktycznie bez zmian. Listę zamyka SLD, co pokazuje, że ta partia bez “betonu” w postaci Millera, Oleksego, Kwaśniewskiego, itp. we władzach nie ma co liczyć na jakąkolwiek przyszłość. Duże “zasługi” miał tu też pewnie przewodniczący – Grzegorz Napieralski, od którego biła niesamowita sztuczność. Czyżby rdzenny elektorat SLD wymierał?

Transfer wyborców pomiędzy SLD a RP jest bardzo widoczny. Janusz Palikot swój sukces wyborczy zawdzięcza głównie sprawnej strategii opracowanej przez Piotra Tymochowicza. Tymochowicz zaś to ten sam człowiek, który swego czasu stał za sukcesem wyborczym Samoobrony. I w tym porównaniu jest naprawdę dużo więcej podobieństw. Poglądy głoszone w tamtych latach przez Andrzeja Leppera i jego partię (pomijając rolniczy ich charakter) są niemal zbieżne z tymi, które przedstawiał w tej kampanii Janusz Palikot. Zdałem sobie z tego sprawę wczoraj, słuchając jedną z archiwalnych audycji radiowych z udziałem Leppera. Są oczywiście znaczące różnice – przede wszystkim stosunek do Kościoła Katolickiego. Cóż, Piotr Tymochowicz po raz drugi wykazał, że potrafi z partii z poparciem na poziomie 1-2% zrobić znaczącą siłę w sejmie. Teraz czas na poprawę błędów popełnionych przy strategii Samoobrony – utrzymać wypromowaną partię dłużej niż jedną kadencję.

Wbrew pozorom, nie wydaje się to trudne. SLD bez zdecydowanych zmian (a raczej bez przywrócenia kopii zapasowej) będzie już tylko pikować, więc zgarniając większość ich wyborców a także ludzi rozczarowanych rządami PO, może w przyszłej kadencji dość poważnie zagrozić obecnemu – wydawałoby się: ustabilizowanemu – układowi politycznemu.

Co jednak z PiS-em? Wniosek po przegranych wyborach jest jeden – na tę partię głosuje już tylko twardy elektorat. To oczywiście nic złego, jednak wyniki ostatnich wyborów pokazały, że zbyteczne są wszelkie działania PR-owe. Mimo zapewnienia obniżenia podatków, umieszczenia na listach wyborczych dużej liczby kobiet, PiS zupełnie nie zanotował zwiększenia poparcia.

A to prowadzi do jednoznacznej konkluzji – na przyszłość trzeba działać nie PR-em, a zdecydowaniem. A tego w PiS-ie po przegranych wyborach w 2007 nie widać. Na boczny tor zostali zepchnięci ludzie tacy jak Zbigniew Girzyński, Zbigniew Ziobro czy Jacek Kurski. Wiem, że są europarlamentarzystami, jednak decyzja o kandydowaniu na te stanowiska była co najmniej nieodpowiednia. Bo tylko wyżej wymienieni wraz z Joachimem Brudzińskim oraz “objawieniem” PiS-u tej kampanii – Adamem Hofmanem – nadają się do bezpośrednich starć z prorządowymi mediami, takimi jak te spod szyldu ITI i Agory.

Nasuwa się też refleksja nt. dalszego prowadzenia PiS-u przez Jarosława Kaczyńskiego. Uzależniałem to od sukcesu wyborczego PJN-u, którego – jak już wiemy – nie było. Daje to do myślenia – PiS bez Kaczyńskiego po prostu nie istnieje. Dlatego tym bardziej szkoda byłych posłów, którzy zdecydowali się na kandydowanie jako PJN – było tam wiele osób, które ceniłem (Poncyljusz, Kowal). Dziwna w tej historii jest też rola Kluzik-Rostkowskiej.

Uważam, że PiS bardzo wiele zyskał po zmianie rzecznika z fatalnego Mariusza Błaszczaka na młodego i bystrego Hofmana. W rozmowach z Moniką Olejnik oraz Jarosławem Gugałą pokazał, że bardzo dobrze radzi sobie z prowokującymi dziennikarzami i to on właśnie powinien być wystawiany na pierwszy front w medialnych dyskusjach.

Ale temat mediów w tej kampanii zasługuje na osobny akapit. Dwóch dziennikarzy popełniło w niej zawodowe samobójstwo. Pierwszy był Tomasz Lis, którego słynna rozmowa z Jarosławem Kaczyńskim jednoznacznie spolaryzowała politycznie. Tego się nie da opisać, trzeba zobaczyć. Kolejnym z samobójców był Jarosław Gugała i jego rozmowa z Adamem Hofmanem. Jak widać – mobilizacja mediów była ogromna, zaś wzorce żywcem wzięte z roku 2006

Dziwna jest też reakcja mediów na tzw. “aniołki PiS-u”. Część z tych kobiet kojarzę z poprzednich lat, a jedna z nich – Magdalena Żuraw – jest cenioną przeze mnie felietonistką. TVN-y i Gazety Wyborcze zareagowały na nie jednak histerycznie i prześmiewczo, co dziwi zwłaszcza wtedy, gdy zna się reakcję tych mediów na np. Agnieszkę Pomaską z PO, której zamiłowaniem do sportu i urodą zachwycano się przy okazji jej wejścia do sejmu.

Po wyborach Wojciech Cejrowski nieco przewrotnie “zachęcał” Jarosława Kaczyńskiego do powstania. Ja zaś – przypominając sobie czasy (w większości na podstawie przekazów medialnych z tamtych lat) połowy lat 90. – zachęcam Wojciecha Cejrowskiego do wznowienia czegoś na wzór WC Kwadransa. Bo przy Palikocie w sejmie taka zdecydowana przeciwwaga i mobilizacja ciemnogrodu jest naprawdę bardzo potrzebna.

Źle się dzieje w państwie polskim

UWAGA! Ten wpis ma już 8 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

A przynajmniej taki przekaz płynie z mediów. Wojewódzki zwraca się z dramatycznym apelem we Wprost, Lis – próbując ratować sytuację – pyta Kaczyńskiego o jego ostatnią obecność na meczu piłkarskim (i nieoczekiwanie dostaje odpowiedź), zaś Wałęsa zapowiada wprowadzenie stanu wojennego, gdy PiS wygra wybory. Czyżby zaklinanie rzeczywistości nie pomagało?

Podpalona kampania wyborcza

UWAGA! Ten wpis ma już 8 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

To, co wydarzyło się w dniu wczorajszym, jest – delikatnie mówiąc – dziwne. Rozumiem, że trwa kampania wyborcza i dzieją się różne wyreżyserowane cuda i martyrologie. Nie wiem tylko, kto stoi za tym podpaleniem, bo w biedę w tym przypadku naprawdę ciężko mi wierzyć.

Niejasny jest już sam przebieg zdarzenia. Swoją drogą, że winne mogą być lakoniczne informacje mediów, jednak obecnie przedstawiają się one mniej więcej tak: mężczyzna udaje się pod budynek kancelarii premiera, oblewa kilkoma butelkami rozpuszczalnika i podpala. Na początku stara się zachować spokój, jednak po chwili kładzie się na ziemię i – jak wynika z relacji “gaszących go” BOR-owców – sprawia wrażenie, jakby próbował ugasić palące się na nim ubrania. Po opanowaniu sytuacji nie może mówić, jednak po chwili odzyskuje tę zdolność i przypomina sobie, że ma list do premiera i przekazuje go (!) na ręce bliżej nieznanej osoby z miejsca zdarzenia. Być może jestem zbyt prostym człowiekiem, aby to zrozumieć, ale moja wyobraźnia blokuje się przy próbie odtworzenia tej sytuacji. Zwłaszcza po informacji od lekarzy, że delikwent ma ciężkie poparzenia ponad połowy ciała.

Ciekawa jest też przeszłość “pogorzelca”. W mediach mówi się o tym, że był policjantem/milicjantem, jednak będąc precyzyjnym – to tylko jeden epizod jego kariery. Zaczynał od pracy w Służbie Bezpieczeństwa, którą zaczął – co ciekawe – w czasie stanu wojennego. Następnie pojawia się w jego życiu przebranżowienie na policjanta (milicjanta?) w Komendzie Głównej Policji, zaś po utworzeniu CBŚ-u trafił do ichniejszej dochodzeniówki. Wyborna kariera, nieprawdaż?

Grzebiąc jeszcze bardziej w życiorysie tego pana można się doszukać informacji, iż jego żona ma 29 lat, co przy jego czterdziestu dziewięciu i trzyletnim stażu małżeńskim może zdradzać, że po weekendzie z mediów dowiemy się ciekawszych informacji z brukowców, wprost z ust byłej żony lub ewentualnych z tego związku dzieci.

Można wnioskować, że wspominane bezrobocie nie było też stanem przesadnie długim. Gazety piszą o podjęciu pracy ochroniarskiej po 2006, gdy Andrzej Ż. zrezygnował ze służby w CBŚ-u, a także o ostatniej pracy w jednym z urzędów skarbowych. Czy policyjna emerytura i dorabianie w skarbówce to naprawdę taka straszna bieda, która popycha człowieka do podpalenia?

Korci mnie napisanie o podejrzewanym udziale w całej sprawie komitetu wyborczego którejś partii, albo nawet psikusie służb specjalnych. Bo czyż nie jest dziwne, że na wieść o podpaleniu się – z wątpliwych powodów – jednego człowieka środowisko partii rządzącej dostaje nagłej obstrukcji w działaniu? Prezydent Komorowski już kilkadziesiąt minut po zdarzeniu, gdy sprawa ledwo zaczęła się rozpowszechniać w mediach, grzmiał nt. wykorzystywania tego podpalenia w kampanii, ale to premier Tusk jako pierwszy polityk podjął decyzję o natychmiastowym zawróceniu autobusu, którym podróżował przez Polskę, aby porozmawiać z niedoszłym samobójcą.

Z uśmiechem na ustach czyta się też list Andrzeja Ż. do premiera. Mimo, iż pozornie krytykuje on wszystkie frakcje polityczne, to jednak pejoratywnie określany jest w nim jedynie Jarosław Kaczyński. Wspomniana jest Pitera, wspomniany jest Napieralski, który mimo, iż zajął się początkowo sprawą, to jednak niedostatecznie. Na końcu dostaje się nie tylko Kaczyńskiemu, który określany jest jako “psychopata”, ale w liście Andrzeja Ż. nie brakuje też wspomnienia o bezsensie rozdrapywania katastrofy smoleńskiej, która jest przecież tak ważnym czynnikiem wpływającym na biedę, że nie mogło jej zabraknąć w liście niedoszłego samobójcy. Premier – mimo, iż dostaje się ludziom z jego otoczenia – pełni tu bardziej rolę ostatniego sprawiedliwego. Wodza, w którego rękach leży los “biednego” człowieka.

Cóż, cokolwiek nie powiedzieć o tej kampanii – była dość powolna i nudna. Potrzebny był zapalnik w postaci “Dziadka z Wehrmachtu” bis, i chyba właśnie mamy z nim do czynienia. Chociaż sprawa jest tak niejasna i ciekawa, że z każdym kolejnym dniem będą pojawiały się nowe informacje, zaś wszystkie ujrzą światło dzienne zapewne w kilka dni po zakończonych wyborach.