Podpalona kampania wyborcza

UWAGA! Ten wpis ma już 8 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

To, co wydarzyło się w dniu wczorajszym, jest – delikatnie mówiąc – dziwne. Rozumiem, że trwa kampania wyborcza i dzieją się różne wyreżyserowane cuda i martyrologie. Nie wiem tylko, kto stoi za tym podpaleniem, bo w biedę w tym przypadku naprawdę ciężko mi wierzyć.

Niejasny jest już sam przebieg zdarzenia. Swoją drogą, że winne mogą być lakoniczne informacje mediów, jednak obecnie przedstawiają się one mniej więcej tak: mężczyzna udaje się pod budynek kancelarii premiera, oblewa kilkoma butelkami rozpuszczalnika i podpala. Na początku stara się zachować spokój, jednak po chwili kładzie się na ziemię i – jak wynika z relacji “gaszących go” BOR-owców – sprawia wrażenie, jakby próbował ugasić palące się na nim ubrania. Po opanowaniu sytuacji nie może mówić, jednak po chwili odzyskuje tę zdolność i przypomina sobie, że ma list do premiera i przekazuje go (!) na ręce bliżej nieznanej osoby z miejsca zdarzenia. Być może jestem zbyt prostym człowiekiem, aby to zrozumieć, ale moja wyobraźnia blokuje się przy próbie odtworzenia tej sytuacji. Zwłaszcza po informacji od lekarzy, że delikwent ma ciężkie poparzenia ponad połowy ciała.

Ciekawa jest też przeszłość “pogorzelca”. W mediach mówi się o tym, że był policjantem/milicjantem, jednak będąc precyzyjnym – to tylko jeden epizod jego kariery. Zaczynał od pracy w Służbie Bezpieczeństwa, którą zaczął – co ciekawe – w czasie stanu wojennego. Następnie pojawia się w jego życiu przebranżowienie na policjanta (milicjanta?) w Komendzie Głównej Policji, zaś po utworzeniu CBŚ-u trafił do ichniejszej dochodzeniówki. Wyborna kariera, nieprawdaż?

Grzebiąc jeszcze bardziej w życiorysie tego pana można się doszukać informacji, iż jego żona ma 29 lat, co przy jego czterdziestu dziewięciu i trzyletnim stażu małżeńskim może zdradzać, że po weekendzie z mediów dowiemy się ciekawszych informacji z brukowców, wprost z ust byłej żony lub ewentualnych z tego związku dzieci.

Można wnioskować, że wspominane bezrobocie nie było też stanem przesadnie długim. Gazety piszą o podjęciu pracy ochroniarskiej po 2006, gdy Andrzej Ż. zrezygnował ze służby w CBŚ-u, a także o ostatniej pracy w jednym z urzędów skarbowych. Czy policyjna emerytura i dorabianie w skarbówce to naprawdę taka straszna bieda, która popycha człowieka do podpalenia?

Korci mnie napisanie o podejrzewanym udziale w całej sprawie komitetu wyborczego którejś partii, albo nawet psikusie służb specjalnych. Bo czyż nie jest dziwne, że na wieść o podpaleniu się – z wątpliwych powodów – jednego człowieka środowisko partii rządzącej dostaje nagłej obstrukcji w działaniu? Prezydent Komorowski już kilkadziesiąt minut po zdarzeniu, gdy sprawa ledwo zaczęła się rozpowszechniać w mediach, grzmiał nt. wykorzystywania tego podpalenia w kampanii, ale to premier Tusk jako pierwszy polityk podjął decyzję o natychmiastowym zawróceniu autobusu, którym podróżował przez Polskę, aby porozmawiać z niedoszłym samobójcą.

Z uśmiechem na ustach czyta się też list Andrzeja Ż. do premiera. Mimo, iż pozornie krytykuje on wszystkie frakcje polityczne, to jednak pejoratywnie określany jest w nim jedynie Jarosław Kaczyński. Wspomniana jest Pitera, wspomniany jest Napieralski, który mimo, iż zajął się początkowo sprawą, to jednak niedostatecznie. Na końcu dostaje się nie tylko Kaczyńskiemu, który określany jest jako “psychopata”, ale w liście Andrzeja Ż. nie brakuje też wspomnienia o bezsensie rozdrapywania katastrofy smoleńskiej, która jest przecież tak ważnym czynnikiem wpływającym na biedę, że nie mogło jej zabraknąć w liście niedoszłego samobójcy. Premier – mimo, iż dostaje się ludziom z jego otoczenia – pełni tu bardziej rolę ostatniego sprawiedliwego. Wodza, w którego rękach leży los “biednego” człowieka.

Cóż, cokolwiek nie powiedzieć o tej kampanii – była dość powolna i nudna. Potrzebny był zapalnik w postaci “Dziadka z Wehrmachtu” bis, i chyba właśnie mamy z nim do czynienia. Chociaż sprawa jest tak niejasna i ciekawa, że z każdym kolejnym dniem będą pojawiały się nowe informacje, zaś wszystkie ujrzą światło dzienne zapewne w kilka dni po zakończonych wyborach.

Nalot o szóstej rano

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

I stało się – do naszego demokratycznego państwa prawa, rządzonego przez liberalny rząd, powróciły duchy przeszłości – dokonano przeszukania u niewinnego człowieka o 6:00 rano. Tym razem dokonało tego jednak ABW, a nie znienawidzone CBA.

Sprawa jest o tyle ważna, że przeszukania o szóstej rano były medialnym rdzeniem tzw. kaczyzmu. To właśnie dzięki rządom PO miliony niewinnych ludzi miały raz na zawsze zapomnieć o tego typu zamordyzmie władzy. Niestety – bandytyzm prawicowych ekstremistów posunął się tak daleko, że nawet rządzący naszym nieszczęśliwym krajem musieli powziąć drastyczne środki, narażając się na utratę zaufania zlęknionych środowisk medialnych. PO ratuje tylko fakt, że tym razem do przeszukania doszło przecież w słusznej sprawie.

Gdy cała sprawa wywołała medialną biegunkę, prezydent postanowił nieco załagodzić sytuację deklarując, że stanie w obronie autora zamkniętego serwisu. Nie minęło jednak wiele czasu, gdy skontrowano miłosierne zapędy prezydenta – Radosław Sikorski stwierdził bowiem, że nie ma zlituj i autor antykomor.pl to bandyta. A skoro bandyta, to i kibol – bo każdy kibol to bandyta. I mówi to nie kto inny, tylko dożynający watahy minister.

Schizofrenia

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Chciałem nie przywiązywać uwagi do ostatniej hulanki rządu. Ale się nie da – nawet słuchając radia w samochodzie przez 15 minut dziennie nie da się uniknąć atakującego z każdej strony słowa “pseudokibice”.

A chodzi ni mniej, ni więcej o to, że miłościwie nam panujący rząd znalazł kolejnego wroga ustroju – kibiców. I podobnie, jak w przypadku pedofilów, i tym razem ratuje się poparcie populistycznym hasłem oraz idiotycznymi planami, z których PO w swoim miłosierdziu zrezygnuje, lub też będzie szantażować nimi przed wyborami. Bo wiadomo – Kaczyński musi być chociaż w części przeciwny rozwiązaniom rządu, toteż wytnie się jakiś niefortunny kawałek z jego wypowiedzi i będzie szczuło wyborców Kaczorem, który popiera tych bandytów.

Właśnie – bandytów. Słowo to odmieniane jest przez wszystkie przypadki w wypowiedziach polityków PO. Słuchałem niedawno “Salonu politycznego Trójki” ze Sławomirem Nowakiem i naprawdę sztucznie i żenująco brzmiało zastępowanie przez niego słowa “pseudokibic” słowem “bandyta”. A wypowiedział je dosłownie kilkadziesiąt razy.

W całej tej sprawie jest jednak mnóstwo paradoksów i zachowań schizofrenicznych. Do zachowań tych zalicza się kult stadionu Legii, który jeszcze niedawno był skarbonką Bufetowej i powodem krytyki ze strony opozycji, zaś w ostatnich dniach role się zmieniły. Stadion Legii jest już zły, a nawet nie spełnia wymogów bezpieczeństwa. Został za to pokochany przez opozycję i takowe media, do których zapraszani są kibice ww. drużyny.

Niestety, jest duże poparcie społeczne dla zamykania kibiców (a nawet ucinania im łbów przy samej dupie) z dowolnego powodu. A poparcie to dodatkowo podkręcane jest w mediach. Na przykład w ten sposób. Nikt nic nie wie – ani kim byli ci ludzie, ani ilu ich było. Nie wiadomo też, co znaczy “zaatakowali”, skoro z relacji wynika, że była to jedna wybita szyba. Wiadomo natomiast w 100%, że byli to kibole, kwestia tylko, którego klubu. Czyż to nie jest chore?

Największa niespodzianka spotkała mnie jednak wczoraj. Idąc przez uczelniany parking, zauważyłem kilka wybitych szyb w samochodach. Ostatecznie okazało się, że szyb wybito kilkanaście, zaś winny był… pseudokibic. Gdy o tym przeczytałem, wyobraziłem sobie grupę ludzi w szalikach, wracających z meczu i “traktujących” samochodu kijami baseballowymi. Okazało się jednak, że ów kibic otrzymał 3 lata temu zakaz stadionowy, zaś z całą sprawą miało to niewiele wspólnego. Ot, takie przypisywanie “modnego” określenia. Jaki był w tym cel, to chyba każdy się domyśla. A znaczenie takie samo, jak gdyby podać, że zatrzymano bandytę i pirata drogowego, bo 5 lat temu zabrano mu prawo jazdy za punkty.

Sprawa jednak wciąż nie cichnie w mediach, zaś PO dochodzi do coraz bardziej absurdalnych wniosków. Mi pozostaje zaś unikać medialnej papki w tych dniach.

Czegoś tu nie rozumiem

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

A chodzi oczywiście o Libię. Dlaczego państwa UE, które tak zachowawczo reagowały m.in. na incydenty przedwyborcze na Białorusi, teraz tak ochoczo przyłączają się do działań wojennych wymierzonych w ten kraj? I skąd ta determinacja? Sprawa wygląda dość dziwnie, chociaż nie ukrywam, że w tej kilkutygodniowej, medialnej biegunce mogło mnie coś ominąć.

Ciekawostką jest, że prym w ataku na Libię wiedzie “raureat” pokojowej nagrody nobla za… “(…) pracę na rzecz pokoju na świecie”. Aż przypomina się stary dowcip z Radiem Erewań w roli głównej:

Słuchacze pytają: Czy będzie wojna?
Radio Erewań odpowiada: wojny nie będzie. Będzie taka walka o pokój, że kamień na kamieniu nie zostanie.

Sprawy bieżące

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Za miesiąc rocznica katastrofy, zaś regularne “wrzutki” do mediów pozwalają prognozować wysoce prawdopodobną chęć zrobienia szopki z tego dnia, jak i całego zdarzenia. Jedna z nich była jednak wysoce nieudana, bo rykoszetem skaleczyła również mędrca przy obecnym rządzie, jak i jego lewicowego poprzednika. Ten pierwszy zaczął się nawet tłumaczyć Kościołem, który w takich sytuacjach jest niezastąpiony, jednak na co dzień – zwłaszcza przed wyborami – powinien do polityki się nie mieszać. Podsumowaniem tej sprawy niech będzie statystyka:

Wałęsa:
3454 ułaskawień, 384 odmów, średnia ułaskawień 2 dziennie, wliczając dni świąteczne.

Kwaśniewski:
4245 ułaskawień, 2112 odmów, średnia 1 dziennie

Kaczyński:
201 ułaskawień, 913 odmów. Średnio 1 ułaskawienie co osiem dni.

Komorowski:
52 ułaskawienia, 189 odmów, 1 ułaskawienie średnio co 4 dni.

A skoro wspomniałem już o wyborach, warto też odnotować fakt, że na pohybel zepsutemu sondażowi przyszły kolejne dwa, w których wszystko już się zgadza. Jest wprawdzie i trzeci, ale w nim towarzysze obiektywnie za dużo dorzucili do pieca.

A poza tym, premier nasz postanowił zaciągnąć bezzwrotną pożyczkę z OFE. Mówi, że odda w 2017 r., jednak każdy, kto umie liczyć, potrafi stwierdzić, że 2011+4 < 2017. Czyli, że nawet przy scenariuszu, że PO wygra tegoroczne wybory, to na pewno w 2017 r. nikt nie będzie już o ich rządach pamiętał. O ile oczywiście kondominium państwo polskie będzie jeszcze istnieć – czego Wam i sobie jednak życzę.

“Nowy” film ze Smoleńska

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Parę dni temu na YouTube trafił film, który został tam pierwotnie umieszczony kilka godzin po katastrofie. Wtedy został on jednak usunięty, by powrócić właśnie 15 lutego 2011.

Jak można zauważyć, film został nakręcony w podobnym czasie, co inny, najpopularniejszy film ze Smoleńska. Świadczą o tym te same dźwięki syren służb, głosy i… strzały.

Film został ucięty chwilę po dźwięku strzału. Takiego samego, który słychać również (jednak w większej ilości) na linkowanym wyżej nagraniu. Autor uspokaja, że całość nagrania miała zostać zaprezentowana w sejmie, co jednak nie dostarcza wyjaśnienia, dlaczego nagranie w internecie zostało potraktowane “cyfrowymi nożycami”, i to w tak perfidnym momencie.

Nagranie to przynosi również ukojenie dla spiskofobów. Słychać na nim bowiem, że głosy wcześniej interpretowane na wszystkie możliwe sposoby (np. “ubijaj tuda”) były jedynie krzykami służb na miejscu zdarzenia wobec gapiów wkraczających na jego teren. Podobnie sprawa ma się z rzekomymi śmiechami – to po prostu nałożenie się kilku takich krótkich krzyków. Pod tym względem nagranie wiele więc tłumaczy. A że jest dostępne publicznie, uspokaja osoby, które wcześniej źle rozumiały padające tam słowa, a także pozwala rozluźnić szczęki tym internautom, którzy znają przyczyny katastrofy już od 10 kwietnia 2010 r., a konkretniej – od godziny 8:51. Chciałbym im przy okazji przekazać wyrazy zrozumienia – nie martwcie się, prawda sama się obroni i już niedługo, przy okazji publikacji polskiego raportu, wszyscy przekonają się o tym, że wszystkiemu winny był szeroko rozumiany PiS, a już na pewno – Kaczory!

Niezaprzeczalnym faktem widocznym na dwóch ww. filmach jest występowanie w momencie nagrywania mgły. Czy jest ona faktycznie tak gęsta, jak jest to często opisywane? Nie sądzę, ale z doświadczenia wiem, że na filmach tej jakości zawsze mgła wydaje się być mniejsza, niż widziana oczami obserwatora. Sprawą zaś sporną jest ogień – na popularnym filmie jest go całkiem sporo, na filmie red. Wiśniewskiego (oraz zgodnie z jego wypowiedziami) – jest w zasadzie tylko trochę dymu. Jest to jednak oczywiste, ponieważ obydwaj operatorzy znajdowali się w różnych miejscach katastrofy.

Na filmie widać jeszcze, że red. Wiśniewski przywłaszczył sobie kawałek pokrycia samolotu, jednak był to na pewno ostatnia wyniesiona stamtąd część samolotu – cały teren katastrofy został później przekopany na metr w dół w poszukiwaniu kawałków samolotu i wszystkiego, co z katastrofą było związane.

Pozostaje więc czekać na pełne, niepocięte nagranie autorstwa Sławomira Wiśniewskiego. A może nawet – z okazji zbliżającej się rocznicy – kolejne filmy? Raportu się raczej nie doczekamy, chyba, że napiszemy go sami i uwzględnimy wyniki w czasie wyborów parlamentarnych.

Partia złych decyzji

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Pewnie niektórym czytelnikom wyda się dziwne, że zacznę krytykować partię, do której “betonowego elektoratu” najczęściej należę, jednak pewne rzeczy trzeba po prostu napisać. Zwłaszcza, że idą wybory, a dotychczasowe decyzje kierownictwa PiS-u nie napawają optymizmem.

Nie wiem, czym te wszystkie decyzje (o których napiszę) są spowodowane. Brak intuicji politycznej? Fałszywi doradcy? Pogubienie się ws. kierunku, do którego się zmierza? W każdym razie, do tej pory w PiS-ie podjęto wiele decyzji, które po prostu dziwią. I nie mówię tutaj o tych ostatnich.

Skoro już wspomniałem: wykluczenie Joanny Kluzik-Rostkowskiej i Elżbiety Jakubiak z PiS-u. O ile decyzja nie jest do końca odpowiednia akurat przed wyborami, o tyle była nieunikniona. W przypadku tej pierwszej faktycznie można odnieść wrażenie, że bruździ w partii – niemal we wszystkich głosowaniach zajmowała stanowisko przeciwne do reszty z PiS-u. Mówi się, że demokracja, i w partiach powinno być miejsce na różne poglądy. Otóż bzdura – moim zdaniem partia powinna zrzeszać ludzi o w miarę zbieżnych poglądach, i o ile – oczywiście – pewne odchylenia są nieuniknione, o tyle ludzie światopoglądowo stojący w poprzek partii nie są najlepszym pomysłem, i zawsze mogą być wykorzystani jako przykład “rozpadu” (co pozwala PR-owsko zwrócić uwagę na przeciwnika). Mówi się też o sukcesie wyborczym Jarosława Kaczyńskiego, kiedy to w wyborach prezydenckich przegrał tylko kilkoma punktami procentowymi z Bronisławem Komorowskim. Jednak o skutkach takiego rozmiękczenia JK (który po terapii lekowej zaczął być jeszcze bardziej bezpośredni, niż przed 10 kwietnia), ostrzegało wiele osób. Jak to się skończyło, widzimy właśnie teraz, a podejrzewam, że po wyborach samorządowych zobaczymy jeszcze bardziej. Otóż pusty elektorat (to taki, który kieruje się w zasadzie tylko PR-em, nie chcę nazywać tego dosadniej), który udało się wtedy zabrać PO, po “otrzeźwieniu” Kaczyńskiego i ustaniu medialnego hype’u katastrofy smoleńskiej, najzwyczajniej w świecie powrócił do głosowania z telewizorem, a samemu Jarosławowi stopniał poważnie “twardy” elektrorat – czego ja mogę być przykładem.

Jeśli zaś chodzi o Elżbietę Jakubiak, to przyznam szczerze, że ceniłem ją dobrych kilka lat temu, gdy pełniła stanowisko ministra. Wydaje mi się, że jej obecne zachowanie jest bezpośrednią konsekwencją głośnej (i rzekomej) próby przemiany JK i PiS-u na partię bardziej liberalną ideologicznie. Bo powiedzmy sobie szczerze – kim przed wyborami były dla mediów Kluzik-Rostkowska i Jakubiak? Poza przykładami na to, jakie “estetyczne potwory” są w PiS-ie, raczej nikim. Sprawa zmieniła się diametralnie, gdy ww. panie zaczęły się “platformizować”. I chyba właśnie poprzewracanie w głowie od tak gwałtownego zainteresowania mediów było powodem wydalenia ich z PiS-u. Bo warto pamiętać, że od początku kampanii wyborczej, zostały one stałymi gośćmi TVN-u: najpierw z powodu przemiany wizualnej, potem – przy okazji wypowiedzi nt. wewnętrznych spraw PiS-u w mediach, aż do zawieszenia ich członkostwa w tej partii. Bo właśnie wtedy stały się rezydentkami TVN-u czy innego “Wprost”. I nie były same – YouTube obiega mnóstwo nagrań “nieoficjalnych”, które jak zwykle niechcący wyciekły, a na których można usłyszeć żarty z prezesa PiS-u ze strony Migalskiego, Poncyliusza i innych. Ludzie Ci po prostu zachłysnęli się fałszywą popularnością – tak samo, jak lata temu Roman Giertych, który wygłosił płomienne przemówienie “na do widzenia”. Fala popularności uniosła go wtedy tak wysoko, że zapraszano go już niemal do PO. Gdzie – politycznie – znajduje się teraz, nikomu przypominać nie trzeba (a sam bardzo tego żałuję).

Kolejna sprawa okołopartyjna – rzecznik partii. Kto mianował nim Mariusza Błaszczaka? Mimo, że człowiek spokojny, to jednak nie sprawdza się w dyskusji. Owszem – dobrze wypada na konferencjach partyjnych, gdy ma czas na przygotowanie i nikt nie konfrontuje na bieżąco jego słów. Jednak w dyskusjach w radiu czy TV nie daje rady – zaczyna uprawiać spychalnictwo, mówić, że jeszcze się nie zapoznał ze sprawą (gdy sprawa jest dość świeża i niewygodna), albo opowiadać bzdury (jak ta ze straszeniem urzędami banki, które przerzucą podwyżkę proponowanego podatku na klientów). Do mnie ten pan niestety nie przemawia.

Jeżeli zaś chodzi o zbliżające się wybory samorządowe – również mam wiele zastrzeżeń. Chyba po raz pierwszy – mimo najszczerszych chęci – po prostu nie mam na kogo głosować w swoim okręgu. Ludzie z PiS-u to albo osoby zupełnie nieznane, albo – tak, jak w mojej gminie – spadochroniarze z dawnej Samoobrony. Czy naprawdę nikt nie weryfikuje kandydatów przed rekomendacją? Jeżeli zaś chodzi o kandydatów na prezydentów do dużych miast, to najbardziej niezrozumiała jest sprawa kandydata PiS-u w Warszawie. Kto słyszał o Czesławie Bieleckim? Owszem, przeszłość w porządku, jednak jest to typowy liberał (i nie mówię tu o liberalizmie gospodarczym, który by się przydał), który dodatkowo obraca się w dość mętnych kręgach. Ja rozumiem, że liberał będzie miał dobry PR w mediach, itp. Ale jak wytłumaczyć fakt, że inny z kandydatów aż prosił się o poparcie PiS-u, a miałby dużo większe szanse w starciu z HGW? Tym kandydatem jest Romuald Szeremietiew. A w obecnej sytuacji od wyników wyborów zaboli głowa niejednego w PiS-ie, bo jestem przekonany, że na drugim miejscu, za HGW, wcale nie będzie kandydat PiS-u, a SLD.

Kolejnym, ciągnącym się od paru lat paradoksem, jest Ziobro w Parlamencie Europejskim. Nikt tam o nim nie słyszy, a miałby ogromne szanse w wyborach samorządowych na stanowisko prezydenta Krakowa. Jakby nie patrzeć – jest to realnie druga osoba po Kaczyńskim w PiS-ie.

Tak, jak pisałem na początku – jeśli chodzi o moją gminę, nie ma kandydata, na którego mógłbym zagłosować, co skończy się pewnie tak, że na wybory po prostu nie pójdę. Co do wyborów parlamentarnych w przyszłym roku, to – na szczęście – mój kandydat jest przewidywalny i głosuje praktycznie zawsze zgodnie z moimi poglądami. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że do tego czasu sprawy w PiS-ie się uklarują, albo wreszcie w moim powiecie trafią się kandydaci z UPR-u (tyle, że tacy, o których kiedykolwiek wcześniej bym słyszał, a nie dowiadywał się o ich istnieniu z karty wyborczej).

Normalne wybory?

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Mam już powoli dość kampanii wyborczej dla idiotów. Ktoś, kto miał pomysł na zakazanie billboardów komitetów wyborczych przed wyborami, nie był taki głupi. Już nawet pomijam formę – bariery energochłonne między pasami drogi tranzytowej w Lublinie obklejone na całej długości plakatami, odstęp między kolejnymi to jakiś metr. Ale na “wewnętrznych” drogach miejskich jest jeszcze gorzej. O ile same billboardy są wysoko i musiałbym się wychylać, żeby zobaczyć ich treść z samochodu, stojąc w korku, o tyle plakaty są na każdym słupie. Na każdym.

Oczyma duszy już widziałem babkowiny zaznaczające na kartach wyborczych nazwiska takie, jak “ZACZYŃSKI” czy “KOMORSKI” – kurewstwo ze strony komitetów, jednak jak ktoś idzie na wybory prosto ze sklepu, zupełnie nie interesując się kandydatami poza tym, co się zobaczy/usłyszy w mediach, to jednak mi go nie żal. Ale najbardziej irytuje mnie jawne celowanie w idiotów. Bo jak można nazwać plakat wyborczy, który nie zawiera w sobie nic, poza hasłem zachęcającym do głosowania na daną listę? W zasadzie chodzi o całą serię plakatów:

Jednak – jak się okazuje – idiotów nie brak. Bezlitośnie się o tym przekonałem, trafiając jakiś czas temu na ten klip:

Chciałbym się doczekać normalnych czasów. Ordynacji wyborczej zresztą też. Jednak chyba zbyt szybko to nie nastąpi, bo idiotokracja dopiero zmierza do punktu kulminacyjnego w Polszcze.

Przy okazji – ciekaw jestem, co na tego typu ironiczną reklamę powie Bolek. :>

Tematy zastępcze w natarciu

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Od mniej więcej 10 kwietnia 2010 r., lud polski – dumnie zasiadający przed telewizorami – żyje tematami zastępczymi. A trzeba przyznać, że dobierano są one pierwszorzędnie. Najpierw “poważna i rzeczowa dyskusja” nt. pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu (w celu przesunięcia uwagi opinii publicznej od praktycznego braku działań ws. śledztwa), potem – nieco przypadkowo – wyrażenie woli usunięcia krzyża sprzed pałacu prezydenckiego przez Bronisława Komorowskiego (rozniecane w celu przykrycia podwyżki podatku VAT, akcyzy na paliwa, itp.), a na koniec – dopalacze. Tak, ten ostatni temat również skutecznie rozgrzewa ludzi – patrząc choćby na ilość wpisów na blogach, które traktują nie tyle o absurdalności działań rządu, ale których autorzy próbują dyskutować nt. samych dopalaczy. Ku uciesze rządzących, bo przecież o to chodziło. Zastanawiam się tylko, co chcą przysłonić tym razem.

PO zaczyna już ostatnio jechać po bandzie. A chodzi konkretnie o sprawę odejścia Palikota z tej partii. Pamiętam reakcję polityków z partii Palikota na jego kolejne prowokacje: albo “Platforma odcina się od sprawy”, albo “Palikot próbuje podjąć dyskusję na ważne tematy”. Przypomnijmy – tematy te to np. “czy Lech Kaczyński jest alkoholikiem?”, podczas, gdy nie było nawet klipu na YouTube, którym Palikot mógłby podniecić młodzież, utwierdzając ją w swoich tezach. I jednocześnie biorąc pod uwagę to, że poprzednik ś.p. Lecha Kaczyńskiego był jawnym alkoholikiem, zdarzało mu się nieraz prezentować w stanie upojenia na oficjalnych uroczystościach czy wystąpieniach. Ciekawostka – niedawne dość mętne przemówienie Bronisława Komorowskiego zostało przez ww. posła przemilczane.

Ale wracając do tematu: każdy apel o usunięcie Janusza Palikota z PO kończył się tak samo – “następnym razem już mu nie ujdzie na sucho” albo “nie można ograniczać wolności słowa w polskiej polityce”. Dodajmy, że odpowiedzi takie padały zawsze wtedy, gdy chodziło o prowokacje wobec opozycji. Bo gdy usłyszałem ostatnio zarzuty lubelskiego posła wobec Grzegorza Schetyny, strumień wypowiedzi z ich partii był jasny – Palikot powinien opuścić partię już następnego dnia, a dodatkowo – do sądu. Przecież to niedopuszczalne tak pomawiać ludzi, prawda?

Ja zaś zastanawiam się nad pewnym fenomenem. Jak to możliwe, że po tych wszystkich sprawach, które – wydawałoby się – powinny negatywnie wpływać na wizerunek koalicji rządzącej, PO nadal wygrywa wybory? Bo gorszego pasma nieszczęść wyobrazić sobie chyba nie można: afera hazardowa (po cytatach z której niemal wszyscy łapali się za głowy), katastrofa smoleńska (i fakt, że po pół roku dalej nie wiemy NIC), kilka fal powodziowych, podwyżka podatków i rosnący w niespotykanym dotąd tempie dług publiczny. A PO jest przecież świeżo po wygranych wyborach prezydenckich, a niedługo niewątpliwe – samorządowych. Mi się to przestaje powoli mieścić w głowie.<.p>

PS: Wszystkim zaniepokojonym ostatnim sondażem, Gazeta Wyborcza postanowiła przyjść z pomocą. W sondażu na jej zlecenie wszystko już się zgadza, proszę się nie przejmować sondażami zlecanymi przez zamordystyczne media PiS-owskie.

Ciśnienie

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

PGNiG informuje:

(…) PGNiG złożyło w zeszłym tygodniu w Gaz-Systemie dokument, z którego wynika, że w czwartym kwartale będzie dostarczać mniej gazu, niż będzie potrzebować polska gospodarka.

Dziwnie oczywisty schemat przychodzi do głowy w tej sprawie. Ostrzeżenie PGNiG, za chwilę pewnie podpisanie umowy gazowej na kilkadziesiąt lat na warunkach Rosji. I na koniec dramatyczne wystąpienie premiera, że przecież nie są samobójcami, że gospodarka by się załamała. Ergo – rząd uratował gospodarkę. I bębnienie o kolejnym sukcesie.