Co dały mi studia?

Pół roku po obronie to dobry czas, aby podsumować jeden z dłuższych, formalnych etapów nauki (bo dłuższa była tylko sześcioletnia podstawówka). Jest to okres, który pozwala nabrać dystansu do studiów (a ten dystans mi się mocno przydał po “pożegnaniu”, jakie sprezentowała mojemu rokowi uczelnia), a jednocześnie wiele szczegółów ciągle się pamięta.

Obecnie jestem programistą języka drugiej kategorii w jednym z większych holdingów zajmujących się wielkim kapitałem. :> Podsumowanie to będzie więc pewnie zdominowane przez spojrzenie na studia pod kątem ich przydatności w tym zawodzie.

Początek studiów to matematyka. Można powiedzieć, że pierwsze trzy semestry były tylko delikatnie dekorowane przedmiotami ściśle technicznymi. Matmy było do zarzygania. Podobno ma to nauczyć ludzi myślenia na wyższym poziomie abstrakcji, niż dotychczas. Może i jest w tym trochę prawdy, jednak tylko za zasługą pojedynczych prowadzących zajęcia. Pozostałe wyglądały dość szablonowo i polegały na wałkowaniu tematu do czasu zauważenia schematu, który dało się przyłożyć do większości następnych zadań – a przynajmniej do tej ich części, która umożliwiała awans na kolejny rok. Ciężko mi więc określić, na ile przedmioty stricte matematyczne pomogły mi w życiu. Pewne jest, że umiejętności wyniesionych z uczelnianej matematyki nie wykorzystałem nigdy w praktyce, a moja obecna wiedza, np. o całkach, sprowadza się do ogólników i strzępów zasad ich rozwiązywania.

Ze względu na techniczny profil uczelni i – jak podejrzewam – konieczność wyżywienia pewnej mało potrzebnej obecnie katedry, mieliśmy dużo przedmiotów związanych z elektrotechniką. Część z nich była ciekawa i ogólna wiedza w tym temacie na pewno się przydaje, jednak mam wątpliwości, czy pchanie ich na takim poziomie na informatyce ma sens – powinny być raczej realizowane w szkole średniej na poziomie ogólnym. Poza wyjątkami – przedmioty te były fatalnie prowadzone, zaś prowadzący skutecznie obrzydzali nawet najciekawsze tematy. Tak było m.in. z moimi zainteresowaniami programowaniem niskopoziomowym. Ludzie, z którymi miałem pierwsze zajęcia z dotyczących go przedmiotów byli tak efektywni w tym, co robią, że do tej pory moje szczenięce fascynacje tym tematem wspominam już tylko z grymasem na twarzy. Ci prowadzący odpychali chęcią do nauki pod każdym względem, a ich doświadczenie zawodowe oscylowało gdzieś na początku lat 90., kiedy to udało im się napisać parę linii kodu w jakimś projekcie przemysłowych wag dla PKP. :> Pozostaje się tylko cieszyć, że ze względu na rekrutacyjne tendencje, katedra ta (a teraz nawet chyba instytut) umrze śmiercią naturalną.

Ale nie ze wszystkim było tak źle. Mimo, że ciekawe zaczęło robić się dopiero od trzeciego roku, to właśnie wtedy miałem większość przedmiotów, które wciąż mi się przydają. Chodzi głównie o solidną dawkę programowania obiektowego i równolegle prowadzoną inżynierię oprogramowania.

Tę drugą mogę określić chyba jako najlepsze zajęcia na całych studiach. Wykład był dyskusją o inżynierii oprogramowania z anegdotami i praktycznymi przykładami, co w fajny sposób otwierało umysł na pewne sprawy. Na laborkach było głównie projektowanie w narzędziach CASE z naciskiem na diagramy ERD. Tego, czego się wtedy dowiedziałem, używam praktycznie codziennie do dzisiaj i nie miałem z tym nigdy potem problemów, więc wydaje mi się, że zajęcia te były dość solidnie prowadzone.

Z programowania obiektowego również wiele wyniosłem, zwłaszcza, że jeszcze kilka lat przed rozpoczęciem studiów klasy służyły mi głównie jako kontenery dla metod i nie używałem niczego poza prostym dziedziczeniem. Zajęcia z C++ pozwoliły mi usystematyzować wiedzę, ale też wielu rzeczy się nauczyłem. Ostatecznie przygodę z tym językiem podsumowałem pracą inżynierską i – poza kilkoma zleceniami – już do niego nie wróciłem. Jednak sam paradygmat programowania obiektowego jest uniwersalny, a na składni C++ opiera się większość wiodących obecnie na rynku języków programowania. Kolejnym “moim” językiem stał się PHP.

PHP nauczyłem się całkowicie dopiero na studiach. Szybko jednak zostałem neofitą, a pokochałem zwłaszcza brak jawnych typów zmiennych. Zaczęło się od prostych aplikacji w “czystym” PHP na potrzeby projektów zespołowych. Polubiłem ten język, jednak perspektywa napisania w nim aplikacji bardziej złożonej od nieskomplikowanego CRUD-a przytłaczała mnie pod względem czasowym. Wtedy właśnie zainteresowałem się frameworkami. Pierwszym, z którym miałem styczność, był CakePHP, jednak wtedy było na niego trochę za wcześniej – byłem po prostu za głupi na ten framework. Trafiłem ze znajomym na CodeIgnitera – i to był strzał w dziesiątkę. Pisałem w nim ponad dwa lata i zrobiłem wiele zleceń. Projekty w nim realizowało też kilka innych osób na moim roku, co można uznać za dobre referencje dla CodeIgnitera – zwłaszcza, że wielu programistów PHP nigdy o nim nie słyszało. Obecnie pracuję z Zendem i perspektywa powrotu do CodeIgnitera wydaje się być nużąca, jednak jest to – moim zdaniem – najlepszy start, jaki mogłem sobie zapewnić w PHP.

Same projekty zespołowe dużo mi dały, ponieważ przez wszystkie na studiach inżynierskich realizowałem z kolegą, z którym dobrze szła mi praca. Pracę próbowaliśmy sobie ułatwiać i stosować np. duże IDE, zewnętrzne API czy systemy kontroli wersji (podczas, gdy reszta ludzi w grupie przesyłała sobie kod paczkami RAR w mailach :>). Na prowadzących raczej nie można było liczyć – ich rola sprowadzała się do nadzorowania projektu i testowania go pod koniec. Nie zapomnę sytuacji, w której prowadzący testował finalną wersję naszego pierwszego projektu, i po kilkunastu minutach, gdy już wydawało się, że skończył, wrócił się jeszcze ze słowami: “Sprawdzę jeszcze, czy przejdzie u Was SQL injection”. Świadomie pominęliśmy to zabezpieczenie ze względu na czas licząc, że prowadzący się nie zorientuje. Podczas, gdy już zastanawialiśmy się nad poprawkami, prowadzący otworzył formularz i zaczął wpisywać: !@#$, po czym wysłał formularz i – nieco zaskoczony – powiedział: “O, widzę, że przewidzieliście to. Wystawiam 5”. Nie wiem, na jakim poziomie była jego wiedza o SQL injection, ale nasz projekt można było wyłożyć nawet pojedynczym apostrofem w dowolnym polu.

Projekty zespołowe na studiach magisterskich były już mniej przydatne, ale to ze względu na olewający stosunek do studiów ze strony ludzi, którzy po części już pracowali lub czekali na obronę.

Wstyd się przyznać, ale SQL i bazy danych ruszyłem dopiero na studiach. Źle ułożony był też harmonogram studiów, który na ostatnim (lub przedostatnim) semestrze studiów I stopnia przewidywał pierwsze zajęcia z baz danych… w Accessie. Oczywistym więc było, że trzeba opanować bazy we własnym zakresie wcześniej.

Na studiach inżynierskich lubiłem też zajęcia z algorytmów i struktur danych. Dość dużo z nich wyniosłem i były ciekawe. Mówię tu jednak o laborkach, na których trafili mi się kompetentni prowadzący. Wykład był nudnym bełkotem dyktowanym z pożółkłych kartek, pamiętających pewnie lata 80.

Jeżeli chodzi o studia magisterskie, to żałuję, że na nie poszedłem. Przy rekrutacji do pracy nikt na to nie patrzył – skończyły się już czasy zatrudniania ludzi na podstawie dyplomu (a przynajmniej dyplomu polskich uczelni), a idąc wtedy do pracy, miałbym 1,5 roku doświadczenia więcej. Moi znajomi, którzy zdecydowali się na taki krok, planują już migrację do Warszawy.

Studia magisterskie były też nijakie pod względem jakości. Na pewno miał na to wpływ fakt, że były realizowane w ramach dużego projektu UE, który przewidywał m.in. wysokie wynagrodzenia za przygotowanie materiałów do zajęć. Brzmi motywująco, jednak termin, w jakim miały zostać opracowane, zamykał się w 1-2 miesiącach. Prowadzący jednak nie popuścili szansy na zdobycie takich pieniędzy, więc większość materiałów była po prostu kompilacją dostępnych w internecie informacji, wstawioną w nowy szablon. A przecież nikt tego merytorycznie nie weryfikował.

Za przydatne zajęcia z II stopnia studiów mogę uznać systemy baz danych. Wprawdzie w momencie ich rozpoczęcia nie było osoby, która by nie znała SQL, jednak ja sam nauczyłem się z nich PL/SQL-a i kilku innych rzeczy.

Co można powiedzieć o kadrze na studiach? To zależy. Przekrój jest dość duży: zdarzają się świetni nauczyciele, posiadający nie tylko wiedzę, ale potrafiący ją przekazać. Ale miałem wrażenie, że na moich studiach były to wyjątki. Prowadzących ze wspominanej już katedry można w większości uznać za zakały tej uczelni. Tematy się pokrywały, doświadczenie mieli nikłe, a na wykładach miałem się wrażenie, że padam ofiarą elokwencji niemających pojęcia o temacie ludzi.

Czego brakowało mi na studiach? Wzorców projektowych. Jest to wiedza, która przydaje się niemal każdemu developerowi, a jest na tyle uniwersalna, że wydaje się być idealnym tematem na zajęcia bez obawy o to, że narzuca się jakiś kierunek studentowi (jak ma to miejsce np. w doborze technologii). Brakuje też ludzi mających praktyczne doświadczenie w IT. Z rozmów z ludźmi z innych uczelni wynika, że pracuje w nich wielu prowadzących, którzy na co dzień zajmują się “swoją” dziedziną na wolnym rynku. U mnie naliczyłem tylko dwie takie osoby, które dodatkowo przerwały karierę na rzecz etatu na uczelni.

Miałem zamiar podsumowania studiów już od kilku tygodni i mam nadzieję, że zawarłem w tym wpisie wszystko, co chciałem przekazać. Być może ktoś wyciągnie wnioski z moich przemyśleń.

TAXI

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Jedzie przed Tobą ze stałą, dość niską prędkością taksówkarz? Uważaj, bo pewnie zaraz skręci albo zatrzyma się bez kierunku. Po rocznych obserwacjach plasują się u mnie na drugim miejscu najgorszych kierowców, zaraz po kobietach. Taki taksówkarzyna rzadko włącza światła, a jak już włączy, to najpewniej jedno ma spalone. Mówię oczywiście o światłach mijania, bo pozycji już nie ma szans u nich uświadczyć. Oprócz tego, wpychają się na siłę i zatrzymują gdzie tylko chcą. Pierwsi trąbią, gdy nie ruszysz sekundę po zapaleniu się zielonego.

Tak, mocno tutaj generalizuję, bo zdarzają się i “normalni”. Ale gdy większość z tych, których widzę podpada pod ww. schemat, to możliwości są dwie: albo mam pecha, albo rzeczywiście “normalnych” taksówkarzy można uznać za wyjątki potwierdzające regułę. Tylko potem śmieszy mnie to, jak słyszę w radiu, że korporacja ma na celu utrzymywanie wysokiej jakości świadczonych usług.

[Changelog] MB W123 po malowaniu

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Jako, iż moja Beczyna ma już swoje lata, a czasy, w której właściciel chował ją w ogrzewanym garażu pod kocem bezpowrotnie minęły, zaczęła się upominać o poprawki lakiernicze. O ile wcześniej zmieniłem przedni zderzak (rdza wychodząca spod chromy wygląda paskudnie), o tyle później przyszedł czas na tylne lewe drzwi, które straszyły z daleka. Miałem kupić nowe, jednak nie znalazłem takich w miarę “zdrowych”. Postanowiłem więc zaszpachlować te, które są – bo od środka są wręcz jak nowe, a że z zewnątrz wychodzi rdza – no cóż, w 31-letnim samochodzie trzymanym od ponad 1,5 roku wyłącznie pod chmurką to i tak dobrze.

Do zrobienia tych drzwi przymierzałem się już dłuższy czas, jednak przeszkadzały w tym albo studia, albo znajomy lakiernik “walcował” i wytrzeźwieć nie mógł. 😉

W końcu udało się to 2-3 tygodnie temu. Oprócz drzwi poprawionych zostało parę “pryszczy”. Wygląda to bardzo dobrze, wręcz nie widać, że drzwi były szpachlowane. Czeka mnie jeszcze dotarcie lakieru, ale z tym też nie wiem, kiedy się wreszcie zabiorę.

Ostatnio wymyłem Beczkę porządnie i nawoskowałem (czego nie robiłem już może z pół roku). Wyszło pięknie, przynajmniej tak mi się wydaje. Tylko trochę rozprasza to odbijające się niebo na masce. 😉






Ech, aktorzyny ;D

UWAGA! Ten wpis ma już 9 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Przeglądając YouTube znalazłem ciekawą serię WP TV o nazwie “MotoStory”. Oglądam po kolei wszystkie odcinki, bo dostarczają mnóstwo humoru. Na przykład taki Milowicz Michał:

Opowiada chłopaczyna niesamowitą historię o tym, jak po zerwaniu paska klinowego stracił hamulce. Na szczęście Bóg nad nim czuwał, dając automatyczną skrzynię biegów, bo – jak sam stwierdził – manualną nie miałby możliwości wyhamowania. No cóż, nie od dziś uważam, że automat w samochodzie to zło. ;D

Olej napędowy

UWAGA! Ten wpis ma już 10 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Od dzisiaj na polskich stacjach benzynowych cena oleju napędowego przewyższa cenę litra benzyny bezołowiowej o 95 oktanach. Jednocześnie warto wspomnieć, że jest to cena oscylująca powyżej 4,50 zł (nie licząc niektórych Orlenów, gdzie cena zwykłej ropy – nie tej sygnowanej marką Verva – potrafi dojść do 4,70 zł, oraz wszelkich stacji typu Tesco lub Neste).

Szaleją z cenami niesamowicie, sprzedaż ON powoli zaczyna spadać, ale oczywiście nikomu do głowy nie przychodzi obniżenie akcyzy.

Widziałem Beatę ;d

UWAGA! Ten wpis ma już 10 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Taa, stoję sobie na skrzyżowaniu Głębokiej z Kraśnicką, na pasie do skrętu w lewo, a że czerwone długo nie chciało się zmienić, spojrzałem w prawo – na środkowym pasie, zaraz obok mnie stała Beata Kozidrak rubinowym Jaguarem S-type. 😀 Szczęśliwym jak dziecko. ;d

Mój błąd dzisiejszego dnia :D

UWAGA! Ten wpis ma już 10 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Stało się – kierowca przepisowy, jakich mało, został zatrzymany. 😀 Otóż wracam sobie dzisiaj ze stancji w Lublinie do domu. W Gościeradowie, 15 km od domu, wyprzedza mnie Ford Mondeo koloru ceglastego, z anteną CB na dachu. Tak – to nieoznakowany radiowóz, kręci się tutaj codziennie. Mondeo odjechało ode mnie na jakieś 600 m, po czym pada pytanie na #19: “Koledzy, jak tam droga na Annopol?” i odpowiedz – “Czysto było do Annopola”. Jako, że wyprzedzało mnie policyjne Mondeo, skorygowałem odpowiadającego: “Na Annopol poleciała >>cegiełka<<“. I odpowiedź: “Ale to chyba nie ta cegiełka, bo ją widziałem na 192”, na co ja bez wahania: “To TA cegiełka, bo mnie przed chwilą wyprzedzała”. I to był mój błąd. 😀

Jadę sobie dalej. Kawał drogi przede mną górka, pierwszy jedzie TIR, drugi jakiś biały samochód i za nim Mondeo. Biały wyprzedza pod górkę, ale Mondeo nie jedzie za nim! Wjechało pod górkę, paręnaście sekund później wjechałem również ja. Wtedy “cegiełka” zwalnia do 40 km/h – wiem, że to podpucha, ale był niezabudowany, linia przerywana, więc śmiało wyprzedzam i jadę przed nimi ok. 70 km/h. Siedzą mi na zderzaku parę kilometrów, aż w Maziarce – 5 km od domu, wyprzedzają mnie i na wyświetlaczu diodowym na ich tylnej szybie wyświetla się “POLICJA – ZA NAMI – POLICE – FOLLOW ME”. Zgodnie z sugestią zatrzymałem się za nimi. ;D

Przedstawili się, poprosili o dokumenty, które im dałem. Jeden z nich sprawdził mi światła: pozycyjne, mijania, kierunki, przeciwmgielne stop. Do tego hamulec pomocniczy. Wszystko OK. To jeszcze trójkąt i gaśnica – są. Otwieramy więc maskę.

Sprawdzili wężyk od filtra, czy nie jest czerwony od opału. Nie był. Pomyśleli trochę dłużej i wymyślili, że mój samochód nie jest tak naprawdę z 1977 roku! Zaczęła się seria pytań, kiedy kupiony, od kogo, itp. Jeden z nich wyraźnie próbował mnie zagiąć (albo podpuścić) mówiąc, że I seria Mercedesów W123 miała prostokątne lampy, dopiero od 1980 roku zaczęto robić okrągłe, jak u mnie. Tymczasem w rzeczywistości jest odwrotnie, co jako pasjonat Mercedesów wytłumaczyłem policjantowi. Ale on się upierał przy swoim, mówiąc przy okazji, że tą serię odpalało się z hebla, a nie kluczyka. Druga głupota, bo ostatnim Mecedesem odpalanym z hebla był W116, co zresztą powiedziałem mu. Na co on odparł, że jego to nie interesuje – biegły oceni. Jak to biegły? No tak, on dzwoni po lawetę. Spytałem więc, kto za to zapłaci, na co odpowiedział, że policja, jeśli wszystko się będzie zgadzało, a jeśli nie, to mam sprawę w sądzie. Auto jest pewne, więc byłem gotowy na lawetę, co jednak utrudniłoby mi dojazd na uczelnię. Sprawdzili jeszcze numer nadwozia z tym wpisanym w dowodzie. Zgadzał się. Młodszy policjant poszedł sprawdzić przez radio moje papiery, a starszy powiedział mi wtedy wprost: “wszystko się zgadza, więc musimy Panu jakoś dokuczyć za to, że nas Pan demaskuje na CB. To wszystko prawda, co Pan mówi o I serii – miałem dwie Beczki i jest dokładnie tak, jak Pan powiedział. Ale – tak, jak mówiłem – musimy Panu jakoś dokuczyć, a że nie ma się do czego przyczepić, to weźmiemy je na lawetę – ja za to nie zapłacę, Pan też, ale samochód z głowy na 3 tygodnie będzie Pan miał.”. Jeszcze chwilę wymieniłem z nim parę zdań i poszliśmy do samochodów. Po paru minutach przyszedł młodszy z dokumentami i powiedział: “Jest Pan młodym kierowcą, na przyszłość proszę się zastanowić, zanim Pan powie na radiu, gdzie jesteśmy.”. I skończyło się na szczęście tylko na nerwach. 😀