Gdzie te lamenty?

UWAGA! Ten wpis ma już 14 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Prezydent Bronisław Komorowski ogłosił żałobę narodową. Strony internetowe powoli zaczynają się desaturować, media czekają na zwiększenie liczników, stan których na bieżąco raportują. I w zasadzie tyle.

Pamiętam żałoby podczas prezydentury ś.p. Lecha Kaczyńskiego. I fakt, że było ich dużo. Nie odstawały jednak od tej najnowszej liczbą ofiar. Ba – wydaje się, że katastrofa kolejowa w Szczekocinach będzie miała najmniej ofiar spośród zdarzeń „żałobnych”.

Zaskakuje mnie jednak ta cisza w mediach. Nie zająknęły się one ani przez chwilę na temat decyzji ws. ogłoszenia żałoby przez Komorowskiego. Krytykują ją jedynie „prawicowe oszołomy” na Frondzie, salonie24 i innych tego typu portalach.

Gdzie w tej krytyce jest mainstream? Podczas wszystkich żałób ogłoszonych przez Kaczyńskiego miałem do czynienia z natarczywą obstrukcją krytykanctwa. Dowiadywałem się wszystkich niezbędnych informacji: w jakich okolicznościach żałoba była ogłaszana w „normalnych czasach”, że jest nadużywana, że wykorzystuje się cierpienie rodzin zmarłych w celach politycznych, itp. Media spieszyły też ze statystykami – za każdym razem znałem liczbę minut trwania żałoby przypadających na jednego zmarłego. Wszystko to z właściwym zażenowaniem wobec postawy prezydenta.

Ostatnia tego typu żałoba – mimo, iż ogłoszona już przez następcę – również była wykpiona przez media i tzw. artystów. Tym razem kpina nie dotyczyła jednak strony decyzyjnej. Chodziło raczej o zmarłych. Media prezentowały dramatyczne słowa złotej młodzieży, która przez żałobę pozbawiona została sobotniej imprezy.

Tym razem jest już jednak normalnie. Rządzi nie tylko poprawny prezydent, ale i rządzący, którzy jeszcze parę lat temu przy każdym tragicznym wydarzeniu biegli natychmiast do mediów z apelem, aby nie wykorzystywać tragedii do celów politycznych. Coś z tych biegów jednak zostało, ponieważ Donald Tusk, który był jednym z „biegaczy”, pojawił się pierwszy na miejscu katastrofy, o czym można było usłyszeć w każdym serwisie informacyjnym. Wtórował mu również minister zdrowia, jednak nie na miejscu zdarzeniu, lecz w szpitalach, doglądając z kijem w ręku lekarzy zajmujących się poszkodowanymi.

Cały czas mam nadzieję, że obecna, skandaliczna sytuacja w mediach to wyłącznie wynik dnia wolnego od pracy, i że jutro pojawią się w pracy dziennikarze, którzy przywrócą dawne obyczaje. A jeśli nie, to może chociaż wytłumaczą narodowi charakter zmiany. No i powód, dla którego nastąpiła ona właśnie teraz.

Solidarna Polska ma przyszłość

UWAGA! Ten wpis ma już 14 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

I mimo moich wątpliwych zdolności prognostycznych, wszystko na to wskazuje. Z przekazów posłów Solidarnej Polski wynika, że ich „program” w zasadzie nie różni się niczym w stosunku do programu PiS-u, może poza kosmetycznymi różnicami ws. gospodarki. Oprócz działań propagandowych (lub PR-owskich, jak kto woli), „ziobryści” zaczynają koncentrować wokół siebie coraz ciekawszych ludzi.

PiS zaś jedzie po bandzie. Niestety, konsekwencja w obranym kierunku doprowadzi najprawdopodobniej do klęski tej partii już w najbliższych wyborach. PiS zamyka się zupełnie na pozostałe środowiska prawicowe. Dodatkowo – nie ma go prawie wcale w mediach. Popularność przysporzyć chciał sobie kontrowersyjnym (aczkolwiek popieranym przeze mnie) pomysłem przywrócenia w Polsce kary śmierci. Jednak efekt był przeciwny do zamierzonego – mimo, iż w Polsce wielu ludzi popiera karę śmierci, to jednak w ostatnich kilkunastu latach wytworzył się dość mocny front jej przeciwny wśród hierarchów kościoła katolickiego. Po wypowiedziach kilku biskupów wydaje się, że PiS więcej na tym stracił, niż zyskał.

A to niejedyna błędna decyzja PiS-u w ostatnich dniach. Niedawno Ludwik Dorn powiedział w Trójce, że PiS nie przedłużyło z nim umowy „stowarzyszeniowej”. Chętni do jej podpisania są jednak posłowie z koła „Solidarna Polska”, co sam zainteresowany przyjął z aprobatą.

Brak jest też wspólnego kandydata na wiceszefa parlamentu europejskiego. PiS proponuje Ryszarda Legutkę, SP – Mirosława Piotrowskiego. Tym samym Piotrowski dołączył do grona kojarzonego z Solidarną Polską, co również bardzo mnie cieszy.

Adam Hofman – jeden z ostatnich posłów, którego mi brakuje w SP – został wybrany do kierownictwa PiS-u. Nie był to w żadnym stopniu jednoznaczny wybór, a dodatkowo media piszą o „wybuczeniu” Hofmana. Mam nadzieję, że w porę zauważy, że nie jest mile widziany w „błaszczakowym” towarzystwie i jak najszybciej z PiS-u się ewakuuje.

Tymczasem, czekam na dalsze ruchy SP, bo dużo się w tej sprawie ostatnio dzieje.

PiS się powoli kończy

UWAGA! Ten wpis ma już 15 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Nie sądziłem, że te słowa przyjdzie mi napisać tak szybko. Każdy, kto mnie zna lub kojarzy moje wpisy od początku istnienia tego bloga wie, że niewiele brakowało mi do betonowego elektoratu PiS-u. Ale to zaczęło się stopniowo zmieniać, chyba nawet już po przegranych przez Jarosława Kaczyńskiego wyborach prezydenckich. To właśnie przed tymi wyborami pomyślałem, że jeśli Kaczyński ich wtedy nie wygra, to jego formacja nie wygra już nigdy. Bo przecież przemawiały za nim nastroje społeczne, „zmęczenie materiału” w związku z aferą hazardową w PO oraz PR-owa zagrywka ze zmianą wizerunku. Niestety – mimo tych wszystkich czynników, Kaczyński prezydentem nie został.

Po tamtych wyborach z PiS-u odeszło kilkanaście osób, tworząc partię PJN. Szkoda było mi co najmniej kilku z nich, jak np. Pawła Kowala, Zbigniewa Wojciechowskiego, Pawła Poncyljusza, czy nawet Marka Migalskiego. Jednocześnie z partii odeszło wielu posłów, co do których nie byłem nigdy przekonany, a że była ich podobna liczba do tych „wartościowych”, to uważałem, że PJN nie zaszkodzi zbytnio PiS-owi, a być może nawet trochę go odfiltruje.

PJN poniósł porażkę wyborczą. Nie można tego powiedzieć o PiS-ie, bo jego ~30% poparcia zazdrości mu pewnie każda partia opozycyjna. PiS jednak wybory przegrał z PO, delikatnie tracąc dotychczasowe „zasoby” parlamentarne. Jednak mimo zapewnień o szerokiej dyskusji nad tą przegraną, tak naprawdę można było odczuć, że nie wyciągnięto wniosków, zaś PiS będzie szedł w zaparte ze swoją nie do końca zrozumiałą taktyką.

Bo jak inaczej rozumieć fakt wyrzucenia czołowych polityków tej partii? Jacek Kurski, który – co tu dużo gadać – „wrzutką” nt. dziadka z Wermachtu przechylił szalę zwycięstwa w podwójnych wyborach w 2005 r., zaś później bardzo dobrze radził sobie z mediami. Zbigniew Ziobro – w zasadzie kluczowy minister w rządzie PiS-u, zaś jego idee były podstawowymi w tzw. koncepcji IV RP. I jeszcze Tadeusz Cymański, którego jako ostatniego podejrzewałbym o jakąkolwiek dywersję.

Dzisiaj dowiaduję się, że wszyscy posłowie z „Solidarnej Polski” zostali również wykluczeni z partii. A znajdują się wśród nich takie nazwiska, jak: Andrzej Dera, Beata Kempa, Arkadiusz Mularczyk czy Marzena Wróbel. Po wymazaniu tych nazwisk zastanawiam się, kto jeszcze z „dawnego” PiS-u został w tej partii, i naprawdę niewiele przychodzi mi do głowy.

Warto zwrócić uwagę, że wyrzuceni z PiS-u posłowie mieli (i mają) silne poparcie ze strony mediów o. Rydzyka. Pewien konflikt między Kaczyńskim i Rydzykiem można było zauważyć już w trakcie wyborów: były to pierwsze wybory parlamentarne od roku ~2004, w czasie których Kaczyński nie uczestniczył w żadnej audycji RM. Wszystkich takich audycji było w tym roku dosłownie kilka, podczas gdy poprzednie wybory obfitowały w co najmniej kilkanaście programów.

W tej chwili rozłam w PiS-ie jest już faktem. I jak dla mnie – po ewakuacji z PiS-u Adama Hofmana, może dziać się w nim co chce. Zostanie tam wtedy już tylko Kaczyński i jego nadworne Błaszczaki.

Czas na zmiany

UWAGA! Ten wpis ma już 15 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Kolejne wybory za nami. Kolejna wygrana PO. Razem z PiS-em zanotowali podobne wyniki do tych z 2007 roku. Mocnym zaskoczeniem okazało się miejsce na podium dla Ruchu Palikota. Wyprzedzenie PSL-u i SLD przez partię liczącą w zasadzie kilkanaście miesięcy jest jednak dużym sukcesem. PSL praktycznie bez zmian. Listę zamyka SLD, co pokazuje, że ta partia bez „betonu” w postaci Millera, Oleksego, Kwaśniewskiego, itp. we władzach nie ma co liczyć na jakąkolwiek przyszłość. Duże „zasługi” miał tu też pewnie przewodniczący – Grzegorz Napieralski, od którego biła niesamowita sztuczność. Czyżby rdzenny elektorat SLD wymierał?

Transfer wyborców pomiędzy SLD a RP jest bardzo widoczny. Janusz Palikot swój sukces wyborczy zawdzięcza głównie sprawnej strategii opracowanej przez Piotra Tymochowicza. Tymochowicz zaś to ten sam człowiek, który swego czasu stał za sukcesem wyborczym Samoobrony. I w tym porównaniu jest naprawdę dużo więcej podobieństw. Poglądy głoszone w tamtych latach przez Andrzeja Leppera i jego partię (pomijając rolniczy ich charakter) są niemal zbieżne z tymi, które przedstawiał w tej kampanii Janusz Palikot. Zdałem sobie z tego sprawę wczoraj, słuchając jedną z archiwalnych audycji radiowych z udziałem Leppera. Są oczywiście znaczące różnice – przede wszystkim stosunek do Kościoła Katolickiego. Cóż, Piotr Tymochowicz po raz drugi wykazał, że potrafi z partii z poparciem na poziomie 1-2% zrobić znaczącą siłę w sejmie. Teraz czas na poprawę błędów popełnionych przy strategii Samoobrony – utrzymać wypromowaną partię dłużej niż jedną kadencję.

Wbrew pozorom, nie wydaje się to trudne. SLD bez zdecydowanych zmian (a raczej bez przywrócenia kopii zapasowej) będzie już tylko pikować, więc zgarniając większość ich wyborców a także ludzi rozczarowanych rządami PO, może w przyszłej kadencji dość poważnie zagrozić obecnemu – wydawałoby się: ustabilizowanemu – układowi politycznemu.

Co jednak z PiS-em? Wniosek po przegranych wyborach jest jeden – na tę partię głosuje już tylko twardy elektorat. To oczywiście nic złego, jednak wyniki ostatnich wyborów pokazały, że zbyteczne są wszelkie działania PR-owe. Mimo zapewnienia obniżenia podatków, umieszczenia na listach wyborczych dużej liczby kobiet, PiS zupełnie nie zanotował zwiększenia poparcia.

A to prowadzi do jednoznacznej konkluzji – na przyszłość trzeba działać nie PR-em, a zdecydowaniem. A tego w PiS-ie po przegranych wyborach w 2007 nie widać. Na boczny tor zostali zepchnięci ludzie tacy jak Zbigniew Girzyński, Zbigniew Ziobro czy Jacek Kurski. Wiem, że są europarlamentarzystami, jednak decyzja o kandydowaniu na te stanowiska była co najmniej nieodpowiednia. Bo tylko wyżej wymienieni wraz z Joachimem Brudzińskim oraz „objawieniem” PiS-u tej kampanii – Adamem Hofmanem – nadają się do bezpośrednich starć z prorządowymi mediami, takimi jak te spod szyldu ITI i Agory.

Nasuwa się też refleksja nt. dalszego prowadzenia PiS-u przez Jarosława Kaczyńskiego. Uzależniałem to od sukcesu wyborczego PJN-u, którego – jak już wiemy – nie było. Daje to do myślenia – PiS bez Kaczyńskiego po prostu nie istnieje. Dlatego tym bardziej szkoda byłych posłów, którzy zdecydowali się na kandydowanie jako PJN – było tam wiele osób, które ceniłem (Poncyljusz, Kowal). Dziwna w tej historii jest też rola Kluzik-Rostkowskiej.

Uważam, że PiS bardzo wiele zyskał po zmianie rzecznika z fatalnego Mariusza Błaszczaka na młodego i bystrego Hofmana. W rozmowach z Moniką Olejnik oraz Jarosławem Gugałą pokazał, że bardzo dobrze radzi sobie z prowokującymi dziennikarzami i to on właśnie powinien być wystawiany na pierwszy front w medialnych dyskusjach.

Ale temat mediów w tej kampanii zasługuje na osobny akapit. Dwóch dziennikarzy popełniło w niej zawodowe samobójstwo. Pierwszy był Tomasz Lis, którego słynna rozmowa z Jarosławem Kaczyńskim jednoznacznie spolaryzowała politycznie. Tego się nie da opisać, trzeba zobaczyć. Kolejnym z samobójców był Jarosław Gugała i jego rozmowa z Adamem Hofmanem. Jak widać – mobilizacja mediów była ogromna, zaś wzorce żywcem wzięte z roku 2006

Dziwna jest też reakcja mediów na tzw. „aniołki PiS-u”. Część z tych kobiet kojarzę z poprzednich lat, a jedna z nich – Magdalena Żuraw – jest cenioną przeze mnie felietonistką. TVN-y i Gazety Wyborcze zareagowały na nie jednak histerycznie i prześmiewczo, co dziwi zwłaszcza wtedy, gdy zna się reakcję tych mediów na np. Agnieszkę Pomaską z PO, której zamiłowaniem do sportu i urodą zachwycano się przy okazji jej wejścia do sejmu.

Po wyborach Wojciech Cejrowski nieco przewrotnie „zachęcał” Jarosława Kaczyńskiego do powstania. Ja zaś – przypominając sobie czasy (w większości na podstawie przekazów medialnych z tamtych lat) połowy lat 90. – zachęcam Wojciecha Cejrowskiego do wznowienia czegoś na wzór WC Kwadransa. Bo przy Palikocie w sejmie taka zdecydowana przeciwwaga i mobilizacja ciemnogrodu jest naprawdę bardzo potrzebna.

Źle się dzieje w państwie polskim

UWAGA! Ten wpis ma już 15 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

A przynajmniej taki przekaz płynie z mediów. Wojewódzki zwraca się z dramatycznym apelem we Wprost, Lis – próbując ratować sytuację – pyta Kaczyńskiego o jego ostatnią obecność na meczu piłkarskim (i nieoczekiwanie dostaje odpowiedź), zaś Wałęsa zapowiada wprowadzenie stanu wojennego, gdy PiS wygra wybory. Czyżby zaklinanie rzeczywistości nie pomagało?

Podpalona kampania wyborcza

UWAGA! Ten wpis ma już 15 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

To, co wydarzyło się w dniu wczorajszym, jest – delikatnie mówiąc – dziwne. Rozumiem, że trwa kampania wyborcza i dzieją się różne wyreżyserowane cuda i martyrologie. Nie wiem tylko, kto stoi za tym podpaleniem, bo w biedę w tym przypadku naprawdę ciężko mi wierzyć.

Niejasny jest już sam przebieg zdarzenia. Swoją drogą, że winne mogą być lakoniczne informacje mediów, jednak obecnie przedstawiają się one mniej więcej tak: mężczyzna udaje się pod budynek kancelarii premiera, oblewa kilkoma butelkami rozpuszczalnika i podpala. Na początku stara się zachować spokój, jednak po chwili kładzie się na ziemię i – jak wynika z relacji „gaszących go” BOR-owców – sprawia wrażenie, jakby próbował ugasić palące się na nim ubrania. Po opanowaniu sytuacji nie może mówić, jednak po chwili odzyskuje tę zdolność i przypomina sobie, że ma list do premiera i przekazuje go (!) na ręce bliżej nieznanej osoby z miejsca zdarzenia. Być może jestem zbyt prostym człowiekiem, aby to zrozumieć, ale moja wyobraźnia blokuje się przy próbie odtworzenia tej sytuacji. Zwłaszcza po informacji od lekarzy, że delikwent ma ciężkie poparzenia ponad połowy ciała.

Ciekawa jest też przeszłość „pogorzelca”. W mediach mówi się o tym, że był policjantem/milicjantem, jednak będąc precyzyjnym – to tylko jeden epizod jego kariery. Zaczynał od pracy w Służbie Bezpieczeństwa, którą zaczął – co ciekawe – w czasie stanu wojennego. Następnie pojawia się w jego życiu przebranżowienie na policjanta (milicjanta?) w Komendzie Głównej Policji, zaś po utworzeniu CBŚ-u trafił do ichniejszej dochodzeniówki. Wyborna kariera, nieprawdaż?

Grzebiąc jeszcze bardziej w życiorysie tego pana można się doszukać informacji, iż jego żona ma 29 lat, co przy jego czterdziestu dziewięciu i trzyletnim stażu małżeńskim może zdradzać, że po weekendzie z mediów dowiemy się ciekawszych informacji z brukowców, wprost z ust byłej żony lub ewentualnych z tego związku dzieci.

Można wnioskować, że wspominane bezrobocie nie było też stanem przesadnie długim. Gazety piszą o podjęciu pracy ochroniarskiej po 2006, gdy Andrzej Ż. zrezygnował ze służby w CBŚ-u, a także o ostatniej pracy w jednym z urzędów skarbowych. Czy policyjna emerytura i dorabianie w skarbówce to naprawdę taka straszna bieda, która popycha człowieka do podpalenia?

Korci mnie napisanie o podejrzewanym udziale w całej sprawie komitetu wyborczego którejś partii, albo nawet psikusie służb specjalnych. Bo czyż nie jest dziwne, że na wieść o podpaleniu się – z wątpliwych powodów – jednego człowieka środowisko partii rządzącej dostaje nagłej obstrukcji w działaniu? Prezydent Komorowski już kilkadziesiąt minut po zdarzeniu, gdy sprawa ledwo zaczęła się rozpowszechniać w mediach, grzmiał nt. wykorzystywania tego podpalenia w kampanii, ale to premier Tusk jako pierwszy polityk podjął decyzję o natychmiastowym zawróceniu autobusu, którym podróżował przez Polskę, aby porozmawiać z niedoszłym samobójcą.

Z uśmiechem na ustach czyta się też list Andrzeja Ż. do premiera. Mimo, iż pozornie krytykuje on wszystkie frakcje polityczne, to jednak pejoratywnie określany jest w nim jedynie Jarosław Kaczyński. Wspomniana jest Pitera, wspomniany jest Napieralski, który mimo, iż zajął się początkowo sprawą, to jednak niedostatecznie. Na końcu dostaje się nie tylko Kaczyńskiemu, który określany jest jako „psychopata”, ale w liście Andrzeja Ż. nie brakuje też wspomnienia o bezsensie rozdrapywania katastrofy smoleńskiej, która jest przecież tak ważnym czynnikiem wpływającym na biedę, że nie mogło jej zabraknąć w liście niedoszłego samobójcy. Premier – mimo, iż dostaje się ludziom z jego otoczenia – pełni tu bardziej rolę ostatniego sprawiedliwego. Wodza, w którego rękach leży los „biednego” człowieka.

Cóż, cokolwiek nie powiedzieć o tej kampanii – była dość powolna i nudna. Potrzebny był zapalnik w postaci „Dziadka z Wehrmachtu” bis, i chyba właśnie mamy z nim do czynienia. Chociaż sprawa jest tak niejasna i ciekawa, że z każdym kolejnym dniem będą pojawiały się nowe informacje, zaś wszystkie ujrzą światło dzienne zapewne w kilka dni po zakończonych wyborach.

Weekend bez samochodów

UWAGA! Ten wpis ma już 15 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

Ostatnio dowiedziałem się z radia o jakiejś akcji, o nazwie równie idiotycznej, jak większość pozostałych tego typu: „Weekend bez ofiar”. Gdy odwiedziłem stronę akcji okazało się, że w dniach 24.06-26.06 powinien zostać zamknięty ruch drogowy. Można tam bowiem wyczytać następującą informację:

Kto nie powinien pojawić się w weekend 24-26 czerwca br. na drodze? Przede wszystkim: kierowcy, którzy nie przestrzegają limitów prędkości; kierowcy, którzy wyprzedzają na linii ciągłej; kierowcy, którzy prowadzą pojazd pod wpływem alkoholu; kierowcy zmęczeni i zestresowani; kierowcy zażywający leki obniżające zdolności psychofizyczne; rowerzyści i piesi, którzy po zmroku poruszają się drogami bez odblasków; rowerzyści i piesi, którzy przekraczają jezdnię w niedozwolonym miejscu; rowerzyści i piesi pod wpływem alkoholu; itd.

Gdyby ktoś nie spełniał powyższych kryteriów, proszę o napisanie o tym fakcie w komentarzach. Chętnie poznam tego człowieka.

Nalot o szóstej rano

UWAGA! Ten wpis ma już 15 lat. Pewne stwierdzenia i poglądy w nim zawarte mogą być nieaktualne.

I stało się – do naszego demokratycznego państwa prawa, rządzonego przez liberalny rząd, powróciły duchy przeszłości – dokonano przeszukania u niewinnego człowieka o 6:00 rano. Tym razem dokonało tego jednak ABW, a nie znienawidzone CBA.

Sprawa jest o tyle ważna, że przeszukania o szóstej rano były medialnym rdzeniem tzw. kaczyzmu. To właśnie dzięki rządom PO miliony niewinnych ludzi miały raz na zawsze zapomnieć o tego typu zamordyzmie władzy. Niestety – bandytyzm prawicowych ekstremistów posunął się tak daleko, że nawet rządzący naszym nieszczęśliwym krajem musieli powziąć drastyczne środki, narażając się na utratę zaufania zlęknionych środowisk medialnych. PO ratuje tylko fakt, że tym razem do przeszukania doszło przecież w słusznej sprawie.

Gdy cała sprawa wywołała medialną biegunkę, prezydent postanowił nieco załagodzić sytuację deklarując, że stanie w obronie autora zamkniętego serwisu. Nie minęło jednak wiele czasu, gdy skontrowano miłosierne zapędy prezydenta – Radosław Sikorski stwierdził bowiem, że nie ma zlituj i autor antykomor.pl to bandyta. A skoro bandyta, to i kibol – bo każdy kibol to bandyta. I mówi to nie kto inny, tylko dożynający watahy minister.